nagłówek
piątek, 24 lipca 2015
sobota, 23 maja 2015
INFORMACJA
Uprzejmie informuję, iż jest to blog już niedziałający, jak więc kontynuacji nie będzie (oczywiście zapraszam do przeczytania istniejących serii). Obecnie publikuję na kotnasluzbie.blogspot.com , więc jeśli komuś spodobał sie mój styl, zapraszam do czytania, bo tylko czytelnicy uchronią ten projekt przed wyginięcem śmiercią zapomnienia, jak poniższy blog.
Z poważaniem,
Kuroneko
poniedziałek, 23 lutego 2015
II.V Nic śmiesznego
Jak już wspominałam, kolejny tydzień spedzam na obozie naukowy z kilkoma maturami per dzień. A teraz voila. Jeśli ktoś czyta, to czekam na komentarze (bo zaczynam żałować,że wznowiłam pisanie).
Ilca syknęła cicho, gdy poczuła szarpanie, wpierw za ramię, a potem za ogon. Spróbowała najpierw strzepnąć napastnika, ale gdy ta sztuka jej się nie udała, stwierdziła, że musi jednak wstać. Wygrzebała się z puchowej pierzyny i popatrzyła, kto ją budzi. Był to, ubrany już jak do drogi, Silca.
- O czo chłodrzi? - spytała, ziewając szeroko.
- Pan Inari nas woła. Mówi że to ważne - stwierdził lakonicznie, co nie leżało w jego charakterze.
- A nie możesz sam? Nie spałam już od trzech dni - na dowód swojego twierdzenia, Ilca ziewnęła kolejny raz.
- Nie wiem, spytam pana Inari. Ale jak co, to nie miej do mnie pretensji - prychnął, zirytowany na coś, po czym wyszedł. Ilca natomiast obruciła się w drugą stronę i zasnęła z powrotem, przez chwilę jeszcze myśląc nad czymś.
- Mówiłeś, że nic się nie stanie! Ty-ty... - Geiko zabrakło słów ze wściekłości. Już dawno nie czuła się tak poniżona i zbrukana jak teraz. Mimowolnie zadrżała, przypominając sobie dotyk i niewybredny sposób mówienia trójki mężczyzn, którzy chcieli z niej zrobić swoją zabawkę na noc. Poczuła ciepłą rękę Basteta na swoim nagim ramieniu i z trudem powstrzymała się przed strząśnieciem jej.
- Wiem, kotku, przepraszam - wymruczał uspokajająco mężczyzna, przyciągając ją delikatnie do siebie. - To się już więcej nie powtórzy, obiecuję. Zbliża się pora zmierzchu i bariera przestanie obowiązywać. Musisz juz iść, jeśli nie chcesz wpaść w jeszcze gorsze problemy, jak już macie.
- Tak, muszę... - kobieta mruknęła i wstała niechętnie. - Dowiedziałeś się czegoś o Rose? - spytała, zmieniając temat.
- Myślę, że tak. Ceremonia, przez którą to wszystko, to świecenia caeles lisa Rose. Wygląda na to, że odezwały się w nim przywileje krolewskie. Więc nie masz się czym martwić, ta stara krowa tak często poglądów nie zmienia. Swoją drogą, to Rose jest obecnie w Warszawie w Polsce, czym martwił bym się bardziej. Ostatnio dużo bogów zginęło tam w niewyjaśnionych okolicznościach. Nawet drugiego rzędu i kilkoro dzieci.
- Jacyś Stray? Bo hierarchia chyba się jeszcze nie wybija nawzajem, co? - Geiko zmrużyła nieco oczy, starając się przypomnieć sobie raporty z centralnej Europy.
- Wygląda na to, że ani jedno, ani drugie. Panteon, jakkolwiek by się nie sypał od wewnątrz, stara się zachować pozory potęgi, więc swoje porachunki rozstrzyga wszędzie, tylko nie na terenie ludzi. A Stray zajmują się zawsze ciałami, żeby nie tracić Eteru i maskować swoją obecność, więc tez nie. O ile mi wiadomo, sprawą zajmuje się Kali, wiele ci nie pomogę.
- W takim razie, kto? - spytała poddenerwowana Geiko, odpinając paski odbijających się jej już odciskami szpilek.
- Tego właśnie nie wiemy. Ale lepiej uważajcie na siebie - uśmiechnął się lekko, wykonując szybki ruch ręką. Przed kobietą pojawiła się fioletowo-czarna dziura o zbliżonym do koła kształcie. - Leć już, będę czekał na wiadomości z dołu - powiedział miękko, bo czym obrócił się i zaczął iść w przeciwnym kierunku. Geiko tylko kiwneła krótko głową i zniknęła w bramie wymiarowej.
Wyklęta. Caeles. Blanca z Bractwem Mieczy. A do tego ta przeklęta wojna. Shibirose miał tego wszystkiego juz dosyć. Najgorsze i tak było to, że doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że to dopiero początek. Zaczął zazdrościć Tytanowi szybkiej śmierci. Popatrzył na Silvę, śpiącego po dość długiej rozmowie na temat Blanci. Musiał przyznać, ze Silva był teraz piękny. Z nieco masochistyczną przyjemnością przyglądał się powoli, równomiernie falujacej klatce piersiowej, ukrytej pod obcisłą, czarną koszulą. Biel zakrywajacych niemal całą twarz włosów przyjemnie kontrastowała z hebanem ubrania. Powoli zaczynał żałować, że zamiast tuszować uroki Silvy, jeszcze je wyeksponował. Zagłuszone przez czas potrzeby zaczynały się w nim teraz odzywać za sprawą Lily.
Przymknął oczy i westchnął głęboko, powoli zwalniając blokadę strumienia drugiej, większej świadomości, pozwalając wizjom przepływać swobodnie przez jego umysł, nie oddając im jednak pełnej kontroli nad sobą. To, co zobaczył pokrywało się w ogólnikach z tym, co już wiedział. A w każdym bądź razie, nie było mniej krwawe od założeń. Może tylko tyle, że obecność Bractwa ułatwiała kilka dotychczas skomplikowanych spraw.
Blanca, jak i reszta Bractwa, był zwykłym człowiekiem. No, może poza Pytią, ale nawet on nie był do końca pewny, czym ona była. Początkowo Bractwo Mieczy było jego gwardią honorową na ziemi. Siedmiu wybitnie utalentowanych ludzi, wyszkolonych przez niego samego. Każdy z nich był najwyższym kapłanem jednej z większych świątyń kultu wojny i bezpośrednim wykonawcą jego woli na danym terenie. Ale to było niemal pięć tysięcy lat temu, gdy jeszcze nie wykorzystał byle pretekstu, żeby taktowanie wyjść z chorej i przeżartej hipokryzją kółka wzajemnej adoracji hierarchii Panteonu. W czasach, gdy był już sam, Bractwo Mieczy okazało się zdecydowanie większą pomocą niż przypuszczał na początku. Oczywiście, jego członkami byli już potomkowie któregoś rzędu pierwszych wybrańców, ale imiona, które nosili nie uległy zmianie przez cały ten czas. Podobnie było z bronią, której używali, magiczną stalą z zaklęta wewnątrz duszą krwistych kruków, jego pierwszych służących. Swoją drogą, ciekawe, czy jakiś przeżył jeszcze do tych czasów. Shibirose pamiętał, że na ptaki te spadła epidemia, wyżerajaca ciała wiecznych ptaków, aż zostały z nich same szkielety i stały się kolejnymi z niewolniczych żołnierzy armii Bogali. Trochę szkoda mu ich było, zwłaszcza, że czerwone ptaki zdążyły juz namieszać wcześniej w kilku miejscach na ziemi, tworząc mit feniksa, benu, czy innego cudownego ptactwa. Śmieszylo go trochę, ze krew, jaką ociekały w ludzkich wierzeniach stała się ogniem, ale nie miał na to większego wpływu, ani mieć go nie chciał. Pomimo swojej sytuacji zawsze gardził ludźmi jako gatunkiem kulturowym, nawet teraz. Zbyt dużo "wiecznych" istot przewijało się w pamięci jego bądź wyższej świadomości, by brać na poważnie wszystkie pięknie brzmiące frazesy o potędze ludzkiej. Nie uważał, oczywiście, że bogom należał się jakiś większy szacunek. Wszystko to było tylko marnością wobec wszechwładnego cza...
Shibirose poczuł pociągnięcie za rękę, nieco niepewne i płochliwe. Zamrugał szybko, przejmując władzę nad własnym ciałem. Popatrzył w dół na źródło ruchu. Był to Silva, patrzący na niego nieco przestraszony mi oczami.
- Pan czuje się dobrze? - spytał cicho Silva, gdy wyczuł, że Shibirose przestał wyglądać jak ktoś przebywający jedynie ciałem w tym pokoju. - To wyglądało dziwnie, tak... niepoprawnie.
- Wszystko już w porządku, maluchu - odpowiedział rudowłosy nieco zachrypnietym głosem. - Trochę ostatnio spadła mi odporność na Eter, to wszystko. Mam nadzieję, że nie przesraszyłes się za bardzo - stwierdził, glaszcząc lisa po długich, lśniących w słabym świetle uszach. Ten położył je po sobie i zamruczał zadowolony, niczym kot. - Muszę chyba wrócić do starej praktyki nocnej, bo źl ze mną będzie.
- Mogę jakoś pomoc? Pan wie, że ja wszystko...
- Wiem. Ale są pewne rzeczy, których wolałbym ci tak szybko nie pokazywać. Ale może to tylko ja jestem przewrażliwiony na tym punkcie. W każdym bądź razie, lepiej załóż coś na siebie, zimno się robi - Silva popatrzył zdziwiony to na Shibirose, to na termometr na stoliku nocnym, ale skinał krótko głową.
Kolejny rozdział Tysiąc druga noc już końcem przyszłego tygodnia.
piątek, 20 lutego 2015
II.IV Sztab główny
W pierwszych słowach mego listu zaznaczam, że piszę po długiej przerwie, więc zwracajcie mi uwagę na głupie błędy . Mam nadzieję, że robione zawsze na bieżąco notatki (juz pół zeszytu) są na tyle dokładne, że ich uniknę. Rozwarzałam, czy nie zacząć tej serii od nowa, ale koniec końców doszłam do wniosku, że i tak napisałabym coś identycznego lub bardzo podobnego fabularnie. Przyznaję tylko, że moje notatki nie obejmują tajemniczego nieznajomego z Agahime (co ciekawe, miecz pamiętam), więc jak mi się nowy pomysł nie poklei do końca z resztą, to nie bijcie zbyt mocno, a jedynie miłościwie pokrytykujcie. Post pisany na aplikacji blogspota, uzupełnię graficznie też na tablecie niestety.
- Noż kurrrrrr... - jedynym powodem, dla którego Amante zdołał się powstrzymać przed dokończeniem zdania było na poły oburzone, na poły zdziwione spojrzenie Tiany, boginki harmonii pod postacią dystyngowanej pani w wieku powyżej średniego, ale jeszcze nie starej. Nerwowo odłożył telefon i przełożył kolejny stos teczek do wnętrza szuflady jednej z nielicznych zachowanych szaf bez dna. Porządki zostałe wymuszone na nim przez brunetkę. Większość pracy robili w czwórkę wraz z boginką biurokracji Tecchii oraz Heyah'ą,ale teraz byli sami. - Mówiłem, że coś będzie nie tak.
- Shibirose? - w głosie kobiety wyczuwalna była nutka podejrzliwości. Nie powiedziała tego na głos, ale widać było, że jej zaufanie względem Stray przechodziła poważny kryzys po tym, jak dowiedziała się od Geiko o wiadomościach od Basteta. Tiana była najlepszą przyjaciółką Geiko i często przejmowała jej obowiązki, gdy ta pierwsza udawała się poza teren Tokio.
- Owszem. Chce, żebym do niego jak najszybciej przyjechał. Ja wiedziałem, że to się tak skończy. Ale czy ktokolwiek mnie tu słucha?! - brunet uderzył pięścią w dopiero co posprzątane i podbite dodatkową deską od dołu biurko.
- Powiedział chociaż, o co mu chodzi? - w odpowiedzi kobieta otrzymała jedynie zdawkowe zaprzeczenie głową i wymięty, wymruczany wulgaryzm w jakimś dawno zapomnianym dialekcie greki.
- Tianka, poradzicie sobie same z tą szufladą? Ja bym już poszedł do swoich chłopców, żeby mi załatwili transport - oznajmił, a gdy otrzymał zezwalające machnięcie dłoni dodał. - Dzięki, kochanie - Amante sięgnął po przewieszoną przez oparcie fotela skórzaną kurtkę, po czym wyszedł, zostawiając porządki po poszukiwaniu akt kobiecie.
Silva ziewnął przeciągle, odsłaniając zaróżowione dziąsła. Jego ciało irytowało go z każdym momentem coraz bardziej. Zerknął na swojego pana i chciał o coś zapytać, ale ten był cały czas zajęty pisaniem, odkąd wrócili z ludzkim szczeniem i jakimś podejrzanym mężczyzną z nieludzkim zapachem wokół siebie i aurą bezbrzerznej siły. Mimo to, Silva stwierdził, że było to bardziej jakieś zaklęcie, niż autentyczne zagrożenie. Było to twierdzenie o tyle uzasadnione, że pan zachowywał się przy nim niczym przy dziecku, nawet nie zwracając uwagi na cały szum, który mężczyzna robił wokół siebie. Teraz nieznajomego nie było z nimi, odszedł jakiś czas temu, zamieniwszy kilka niezrozumiałych zdań z panem. Nie podobało mu się, że nie wiedział, o czym rozmawiali, ale pan był spokojny i nie przeszkadzało mu użycie innego niż zazwyczaj języka.
Silva zerknął jeszcze raz, ale i teraz nie zdobył się na odwagę, żeby przerwać panu. Wstał i podszedł do okna hotelowego pokoju, po czym popatrzył znowu, ale jego pan w dalszym ciągu robił to, co już od przeszło godziny. Zmrużył oczy i przeleciał wzrokiem po mieście w dole. Zauważył, że nie ma większego problemu ze zrozumieniem znaczenia znaczków na szyldach, które do tej pory były jedynie plątaniną kresek i pętelek. Był to jeden z nielicznychpozytywów nowej sytuacji. Lis już miał zerknąć znowu, gdy ubiegło go szurnięcie krzesła.
- Okej, jestem już wolny - stwierdził z uśmiechem pan, wstając i przeciągając się z założonymi za siebie nad głową rękoma. - To o co chciałeś spytać cały ten czas?
- Okej, jestem już wolny - stwierdził z uśmiechem pan, wstając i przeciągając się z założonymi za siebie nad głową rękoma. - To o co chciałeś spytać cały ten czas?
- Co?... Ja nie... - to pytanie zaskoczyło Silvę, nawet nie brał pod uwagę możliwości, że jedo pan cały czas nad nim czuwa.
- Lusterko - pan machnął niedbale ręką w kierunku oszklonej szafy. - Więc? Chodzi o Blancę, tak? - Silva położył po sobie uszy zażenowany i po raz kolejny poczuł brak ochrony futra.
Wep-Wawet zamknęła oczy, rozkoszując się smakiem starej whiskey, chowanej zazwyczaj pieczołowicie przed niepowołanymi palcami aż do momentu najwyższej potrzeby. A taki z pewnością właśnie nadszedł. Był wczesny ranek, a poprzednia noc zeszła bogini na wyjaśnianiu nagłego przypływu wolnych dusz w królestwie Podziemia. A powody były dwa: po pierwsze katastrofa samolotu pasażerskiego niemalże w centrum jednego ze średnio zamieszkanych miast oraz kolejna już w ostatnim czasie masowa egzekucja na tle religijno-etnicznym. Kobieta skrzywiła się, gdy kolejna grupka świadomości zaczęła się do niej dobijać z pretensjami, że już nie żyją. Ostatnio coraz częściej i coraz mocniej odczuwała niekontrolowane przebłyski swojej mocy, czego powód, jakkolwiek tajemniczy, wydawał się również niezniszczalny, a wręcz rosnący, i to w tempie ognia w stodole.
- ...ższym, proponowałbym przegrupować nasze obecne szeregi i zaciągnąć w czynną służbę osobniki nie skoligacone z fachem, a przydatne w sposób taktyczny, przykładowo Zachodnia Baszta wręcz prosi się, aby urzędował tam ktoś, kto może posłużyć się prądem Prarzeki, co przecież... - mówił Ares - tak, ta fajtłapa na kaczych nogach. Mimo tego dość dobrze teoretyzująca fajtłapa, jeśli zadanie to mógł wykonać powielając cudze myśli, plany, strategie, czy teorie, jedynie łacząc je ze sobą na zadadzie prostej logiki matematycznej. Sama nie wiedziała tak na prawdę, co, ale miał w sobie takie magiczne coś, co nie pozwalało przejść obok niego obojętnie. Oczywiście, wolała go w bardziej rozbudowanej formie, z rudymi jak lew włosami i skórą lśniącą jak po natarciu oliwą, jak wyglądał, gdy się poznali, jeszcze nie narównorzędnych stanowiskach. Ale nawet teraz, jako dziecko, mógł spędzić sen z powiek w każdym tego słowa znaczeniu. Nie zmieniało to jednak faktu, że był najgorszą łamagą i zgadzał się na wszystko po byle szczeknięciu. - ... co można poprzeć przykładem bitew rozpoczynanych przez Heftów, czy w późniejszym czasie walkach pod Dien Bien Phu. Należy także zauważyć.... - Ares wiecznie żył między pantoflem Aoi, a swojego poprzednika, Hachimana. Prawie jak karaluch. Miało to sporadycznie swoje dobre strony, ale w większości przypadków nastręczało tylko problemów. Dlatego ktoś musiał wyrobić w nim dobre nawyki, i zadanie to przyjęła na siebie Wep-Wawet, jako najbardziej świadoma problemu i najlepiej do tego się nadająca. - ... że nawet wśród pierwotnych form, hakimi były duchy odbywały się zachowania hierarchiczne, co tylko potwierdza wagę wprowadzenia addykcjonalnej regóły... - zadanie to było równie mocno skazane na porażkę, co próba przeniesienia wody w kratce od frytownicy. Właściwie, to sytuacja nie tylko się nie polepszała, ale wręcz z podejścia do podejścia spadałana corazto niższe stadium rozwoju. Coś jak skok o tyczce - im wyżej poprzeczka, tym większe "łup" na końcu. - Męstwa, nie liczby trzeba jedynie tym, którzy nie mają już nic prócz nadziei. A my coś jeszcze mamy. - no, ale nadzieja umiera ostatnia, a po niej, to już tylko idioci.
Elektroniczny ogień trzaskał wesoło we wnęce stylizowanej na wiktoriański kominek. Lily z zadowoleniem podciągnęła pod siebie nogi i przewróciła stronę na kolejną. Uwielbiała klasyczne romanse w stylu Nory Roberts czy skandynawskiego Harlequine'a. Książka, którą obecnie czytała opowiadała o równie tragicznym, co wzniosłym fizycznie związku panny ze szlacheckiego rodu Noroongfild z synem znienawidzonego przez jej ojca kapłana bogini ognia, obecnie udającego służącego przy koniach na dworze swojej wybranki serca. Friedrich miał właśnie porwać do lasu kochankę bez ubrań na czarnym, kudłatym koniku górskim, gdzie z pewnością doszłoby do kolejnej już sceny o dogłębnym znaczeniu dla akcji, gdy do saloniku wszedł z trzaskiem drzwi Eoda, od progu zaznaczając swoim zachowaniem, że stało się coś ważnego. Lily tylko przymknęła książkę założywszy wcześniej stronę koronkową zakładką i popatrzyła na wściekłego mężczyznę.
- Ten sukinsyn znowu to zrobił - oznajmił, sycząc każde słowo. Nie był zwolennikiem psich dodatków, ale nawet bez nich przypominał rowścieczonego, czarnego wilka, z oczami lśniącymi od chęci mordu. - Już dawno ci mówiłem, żeby się wycofać z konfliktu i spokojnie tu sobie czekać. Zwłaszcza, że potrzebaby naprawdę silnej choroby psychicznej, żeby walczyć tak blisko ludzi na tym terenie.
- A tak konkretnie, to o co chodzi? - spytała Lily, ucinając wywód na temat, w którym nigdysięzesobą nie zgadzali.
- O to, że tego idioty szuka teraz połowa świń gończych Panteonu. Jak można było zabrać ze sobą tą pchłę od "Wyklętej", a teraz jej jeszcze dupę ratować... Jak tak dalej pójdzie, to wtopimy wszystkie wtyki, Hermes już się wycofuje z naszego pola widzenia. A chyba nie muszę ci przypominać, ile stracimy bez wiedzy o lokacji Eteru - Eoda wydawał się z każdym słowem eksplodować coraz bardziej.
- Czyli znowu wszystko sprowadza się do Rose, tak? Że też mu się nie znudziło, już ostatnią czystkę ratował w pojedynkę. No, ale stare długi trzeba spłacać. Zwłaszcza trupom, dług u trupa jest niebezpieczny - ostatnie zdania bardziej mruczała do samej siebie, jak do mężczyzny. - No, wkażdym bądź razie - to już powiedziała głośno. - postaraj się jakoś uspokoić naszych sojuszników. A w ostateczności masz moje pozwolenie na zajęcie siędziewczyną. Ale tylko jako plan Ż, Rose jest do niej jakoś dziwnie przywiązany.
Następny rozdział Nic śmiesznego już 23-25.02.2015
Bardzo proszę o komentarze i reklamę, bo od tego zależy dośćspora część mojego zaparcia, żeby zawsze znaleźć czas.
Następny rozdział Nic śmiesznego już 23-25.02.2015
Bardzo proszę o komentarze i reklamę, bo od tego zależy dośćspora część mojego zaparcia, żeby zawsze znaleźć czas.
środa, 18 lutego 2015
Odwieszenie broni
Witam po dłuuuuugiej przerwie!
Od ostatniego postu minęło już sporo czasu, musiałam uporządkować kilka spraw, ale jest już ok. Do końca tygodnia powinnam wstawić pierwszy po przerwie rozdział. Z góry zastrzegam, że posty nie będą publikowane tak często jak kiedyś, a jedynie dwa razy w tygodniu, potem raz na tydzień. Powodem takiej sytuacji jest moja matura (matma i polski na rozszerzeniu, dla ciekawych). W pierwszym tygodniu marca jadę na obóz naukowy, więc nie ręczę za terminy.
Zaistnieje też na pewno jedna zmiana w bohaterach - Bastet zostanie wepchnięty w niebyt, gdyż jest to postać, z którą byłam silnie związana, jako że wzorowałam ją na naprawdę ważnej dla mnie osobie, której już niestety nie ma. Poza tym, mogę nie pamiętać tych kilku niewyrażanych szczegółów, które przesądzają o uroku danej postaci, więc śmiało piszcie, jeśli coś się nie zgadza.
Jako że bloga tak na prawdę tworzę poniekąd od nowa, proszę o reklamę między sobą i aktywny udział w życiu Stray (tak, komentarze), jako że jest to zawsze moją główną motywacją przy siedzeniu do północy przy klawiaturze.
Możliwe, że posypie mi się czasem ortografia. Nie wpadajcie w fazę oburzenia sytuacją, powiedzie po prostu po główną częścią komentarza. Muszę pisać na tablecie niektóre rzeczy, bo mój komputer otwiera się średnio co drugi dzień. Gdyby ktoś był chętny zostać edytorem, beta testerem, czy "specem od marketingu", wszelka pomoc będzie z wdzięcznością przyjęta.
A teraz dajcie znać, że ktokolwiek to czyta. Jeśli pojawią się do wieczora minimum dwa komentarze, to obiecuje rozdział najpóźniej jutro przed szkołą. Można zostawiać maile/linki do subskrypcji. Od razu mówię, ze wasze blogi chętnie przeczytam... ale nie teraz, dopiero jak będę miała czas, czyli w sumie, to końcem maja tak na poważnie.
Kuroneko
sobota, 4 października 2014
Zawieszenie
Przepraszam, jeśli ktoś czekał na nowy rozdział, ale zawieszam bloga aż do odwołania.
Kuroneko
sobota, 27 września 2014
II.III (Nie)oczekiwana zmiana planów
Pisane dzisiaj, więc nie narzekać aż tak bardzo... Na końcu czeka was małe zadanko, ale pewnie się sami domyślicie, o co chodzi. Poza tym... strasznie mi się zabrało na poliglocenie z google słownik, ale chyba przeżyjecie jakoś ;P Czekam na komentarze, jak zwykle.
- No cześć, kotku. Wszystko załatwione, możesz już się nie martwić – Maru był naprawdę zadowolony i nie krył tego.
- No cześć, kotku. Wszystko załatwione, możesz już się nie martwić – Maru był naprawdę zadowolony i nie krył tego.
- Jesteś pewny, że góra się uspokoi, tak? Powiedziałeś, że nic nie planujemy? - były to bardziej stwierdzenia, jak pytania.
- Ależ oczywiście, Lilka. No chyba mi ufasz, prawda? - Lily po drugiej strony słuchawki westchnęła głośno. - No nic, ja spadam na razie, cześć – Stray rozłączył się i popatrzył na Emily, uśmiechnięty od ucha do ucha.
- Rybka wzięła haczyk, obie stare są wkręcone. To co, zabawimy się trochę? - mężczyzna uśmiechnął się niedwuznacznie. Wyglądał na wiek nieco postudyjny, ubrany w luźne jeansy i za duży podkoszulek, rdzawe kędziory bujnych loków utrzymywał w ryzach czapką z szerokim daszkiem. Wręcz koszykarski wzrost nadawał mu pewnego uroku, ale szlachetną, długonogą sylwetkę skrywał pod workowatym ubraniem, tuszującym jego naturalne proporcje.
- Jeszcze nie, chcę wyexpić do końca levela. Za wbicie max level w pierwszej setce dają niezłe boosty i jakieś limitowane skille. A ja CHCĘ MIEĆ tego armora, co wygląda jak sukienka wiktoriańska – stwierdziła Emily, nawet nie zerkając znad sześcioczęściowej klawiatury do gier przestrzennych RPG. Miała może dwa lata mniej od brata krwi, taki sam kolor włosów, z tym, że prostych i związanych w sportowy kucyk do połowy pleców. Ubierała się niezbyt szczególnie, stary, zszarzały top z nadrukiem owcy, rurki trzy czwarte i trampki z nazwą jakiejś mało znanej firmy.
- Jasne, jasne. Mamy dużo czasu, w końcu jak się nie obrócić, zawsze ktoś nam tyłka pilnuje, nie? - zachichotał Maru. Zarówno on, jak i kobieta traktowali przynależność do Stray bardziej jak niewiążącą propozycję, niż poważną społeczność, której należy być wiernym. Zdecydowanie bardziej woleli kolaborować, z kim tylko się dało, bo przecież może i ktoś by ich nazwał kanaliami, ale za to żywymi kanaliami. Bohaterowie umierali w dziwnych okolicznościach, a jako trupy nic już nie mogli zrobić.
- Rose! Rose, tutaj! - Anastazja pomachała energicznie ręką, chcąc przyciągnąć uwagę chłopaka. W rzeczywistości ten od prawie pięciu minut był świadomy jej obecności i przyglądał się w skupieniu, chcąc upewnić, że nikt się za nimi nie ciągnie. Warszawskie centrum andlowe nie przysparzało zbyt wielu problemów w byciu niezauważonym szpiegiem.
- Widzę cię, przestań się już wygłupiać – Shibirose podszedł z uśmiechem na twarzy w towarzystwie podążającego dwa kroki za nim Silvy. - Jak tam przesłuchanie? - spytał żartobliwym tonem.
- Ech, nic wielkiego. Rod powiedział, że mu coś wyskoczyło w pracy i nie wie, kiedy wróci – wymruczała dziewczyna, teatralnie pokazując swoje niezadowolenie. Chłopak zaśmiał się cicho.
- A, właśnie, zapomniałbym, to jest Damon, mój stary znajomy. Przypadkowo się spotkaliśmy, ale to i dobrze – przedstawił szybko białowłosego. Lis popatrzył na niego przez ułamek sekundy ze zdziwieniem, ale nie odezwał się. Najwyraźniej jego pan wie, co robi.
Ares ziewnął przeciągle i podniósł się leniwie na łokciach.
- Czo jest, stałły? Jechcie nie ma pouuudnia... - wymamrotał przez kolejne już ziewnięcie. Nad jego tymczasowym łóżkiem stał Patollo, wyraźnie poddenerwowany.
- Wstawaj, bo nas Aoi zabije, już i tak jesteśmy spóźnieni – syknął mężczyzna, rzucając w twarz blondyna czerniawą koszulką. - Jakąś godzinę temu był Orestes i meldował ci, że zwołano zebranie nadzwyczajne naszej szóstki. Nie pamiętasz? - spytał z irytacją w głosie.
- Czo? Jakie znowu... ZEBRANIE NADZWYCZAJNE?!!!! Do cholery jasnej, to czego nie mówiłeś wcześniej?!! - Ares momentalnie wstał na równe nogi i już po minucie był gotowy, w pełnym ubraniu bojowym i z zaczesanymi schludnie włosami. Pod zwyczajowym płaszczem z futrzanym obszyciem kryła się srebrzysta zbroja o wyprofilowanej powierzchni oraz skórzane ubranie spodnie, a przy pasie przypięty był duży miecz, wręcz komicznie wyglądający na tak małym mężczyźnie. - Idziemy, nie ma czasu – zarządził, zapominając zupełnie, że to właśnie na niego jeszcze kilka sekund temu czekano.
Gdy weszli we dwójkę do sali strategicznej Aoi, dużo mniejszej od audiencyjnej, zastawionej setkami map i wręcz przytłaczającej, zwróciło się ku nim siedem par oczu, z których zimne spojrzenie kasztanu zabolało go najbardziej.
- Pani będzie łaskawa wybaczyć nasze spóźnienie – powiedział blondyn uniżonym głosem, klękając na jedno kolano przed Aoi. Kobieta tylko machnęła ręką zniecierpliwiona.
- Oby mi się to nie zdarzyło więcej, nie mam czasu na fanaberie podwładnych – prychnęła, jednocześnie każąc mu wstać.
Inari ziewnął szeroko, wyciągając się na tym samym krześle, na którym jeszcze pół dnia temu rozmawiał z Shibirose. Nienawidził formalnych spotkań, a jedyne, co go powstrzymywało przed taktowną ucieczką, był Bastet, z uśmiechem na twarzy paplający o czymś mało ważnym. Oboje znali się niemal od zawsze i razem z dawnym Hachimanem stanowili chyba najniebezpieczniejsze trio podrywaczy, jeśli nie liczyć Amora. W dawnej czwórki przyjaciół w Panteonie pozostali jedynie oni dwaj. Oczywiście, dobrze wiedzieli, gdzie znajduje się reszta ich paczki, ale z dość nieprzyjemnych względów ograniczali kontakty do minimum koniecznego.
- … ją drogą, to co tu się działo ostatnio? - spytał ciekawsko Bastet, wyszczerzając zęby w uśmiechu. Wyglądał prawie jak detektyw, dumny ze swojego odkrycia romansu żony klienta.
- Zależy, o czym mówisz – stwierdził beznamiętnie Inari, machając płynnie ogonem. Wiedział, o co chciał go zapytać przyjaciel, ale miał nadzieję, że nie będzie to aż tak szybko.
- Nie rób idioty ze mnie, ani z siebie. Oboje wiemy, że żaden z twoich lisów nie zmienił statusu, bo by tu był. Luna zajmuje się swoimi sprawami sama, a jedyne zwierzę, jakie istnieje poza tym, to posiadane przez Hachi-mym [czyt. Hacziha'mi:m; „mym” z arabskiego „przyjaciel”] – stwierdził leniwie Bastet, a jego ,wyobrażane przez ludzi, kocie uszy prawie się zmaterializowały. Bastet wywodził się z okręgu egipskiego, ale przebywał na tyle długo z pochodzącymi z Japonii Hachimanem i Inarim, że dość naturalnym biegiem wypadków zaczął łączyć oba te języki, dlatego też w poufałych rozmowach podświadomie sklejał arabskie słownictwo z japońską gramatyką, tworząc dość oryginalny styl nazewnictwa.
- Nie wspominałem nic o caeles – zauważył Inari. - Oficjalnie podałem tylko osobiste święto bóstwa, więc kto ci powiedział cokolwiek o ceremoni? Czekaj... ty chyba nie...
- Owszem, widziałem go. Ale spoko, to tylko ja – mężczyzna wzruszył ramionami. - Al-jahl ni'ma, niewiedza jest błogosławieństwem. Zwłaszcza, jeśli niewiedzieć ma stara Sar [czyt 'sa:hir; po arabsku wiedźma] – oboje się zaśmiali. Właściwie, to nie przypuszczałem, że Hachi-mym zachowa sobie królewskie przywileje, ale jednak – stwierdził luźno Bastet, gdy już się uspokoili.
- Cóż, jakoś ta... czekaj, co powiedziałeś? Królewskie przywileje?
- No tak. Wiesz, pełnia więź z Eterem, wymuszanie poddaństwa ludzi i tak dalej. Nie mów, że zapomniałeś, Hachi-mym należy w końcu do pierwszej generacji, nie? - Bastet napił się ciemnoczerwonego wina z kieliszka. Podczas gdy jego kompan zadowalał się herbatą, do jego poczucia smaku zdecydowanie bardziej przemawiał niskoprocentowy alkohol o słodkim i nieco ostrym smaku.
- Stary, jesteś genialny, wiesz? - ucieszył się Inari, podnosząc z ekscytacją z miejsca. Muszę zaraz się... Chwila, co tam się dzieje? - spytał, nieco poirytowany dochodzącymi z dołu odgłosami awantury. Podszedł do balustrady i spojrzał w dół. Sytuacja była dość zwyczajna, trzech postawnych bożków co najwyżej trzeciego rzędu próbowali namówić kobietę do niezbyt ambitnej rozrywki jej kosztem. Inari przyglądał się chwilę, po czym przypomniał sobie coś, popatrzył na Basteta, potem z powrotem na scenkę na dole, a potem jeszcze raz na siedzącego przy stoliku boga.
- Swoją drogą, to to nie jest ta dziewczyna, z którą przyszedłeś? - spytał w końcu. - Wygląda na dość wojowniczą – stwierdził z przekąsem i uśmiechnął się. Bastet podszedł do niego lekko nerwowym krokiem, przeklął pod nosem w hindi i rzucił się do schodów prowadzących na dwór. - Tak, to ona – Inari uśmiechnął się szeroko.
Shibirose już od jakiegoś czasu spoglądał kątem oka w jednym kierunku. Razem z Silvą i Anastazją siedzieli na parkowych ławkach i jedli lody. Chłopak był bardzo dobrym aktorem, dlatego szatynka nawet nie zauważyła, że jej nie słucha, przerzucając ciężar rozmowy na białowłosego, a sam obserwuje cały czas okolicę wytrawnym okiem wojownika. W pewnym momencie westchnął i spytał Silvę tak cicho, że dla ludzkich zmysłów poruszałby tylko ustami.
- Czujesz? Ilu i jak długo?
- … prawdę niemiłe z jej strony. Powinna najpierw zapytać – Silva skomentował jakąś opowieść, po czym dodał. - Wiesz, jak mówi łacińskie przysłowie, ludit, unus fere hora eques, nie czyń drugiemu, co tobie nie miłe – Shibirose uśmiechnął się pod nosem, stwierdzając, że musi wynagrodzić w najbliższym czasie Silvie pomysłowość. Lis nie użył przysłowia, ale poinformował go w nieznanym dziewczynie języku, że od około godziny śledzi ich jeden człowiek (dosłownie: „Tak, jeden, około godziny rycerz”). Chłopak skrzywił się nieznacznie.
- Porozmawiajcie chwilę sami, chyba ktoś do mnie dzwoni – powiedział na głos Shibirose, wyciągając rzekomo dzwoniący telefon z kieszeni. Przyłożył go do ucha, ale gdy tylko zniknął za drzewem, schował z powrotem komórkę.
- Czego chcesz, śmiertelny? - spytał oschle.
- Doprawdy zadziwia mnie twoja spostrzegawczość. A może i nie, bogu – ostatnie słowo zostało wręcz wysyczane przez nieznajomego, który wyłonił się właśnie zza drzewa. Był ubrany w długi, czarny płaszcz, przepasany szeroką wstęgą. Był młody, miał noże dwadzieścia lat, srebrne, prawie białe tęczówki, a jego spojrzenie zmroziłoby nawet wrzącą wodę oraz czarne jak skrzydło kruka włosy sięgające nieco poniżej ramion. Jedną rękę trzymał opartą na rękojeści długiego miecza, na razie schowanego w pochwie. - To doprawdy wzruszające, że jeszcze nie zabiłeś albo zgwałciłeś ten dziewczyny.
- Nie ośmieliłbym się w obliczu tak potężnego wojownika – zachichotał w odpowiedzi Shibirose i szepnął jedno słowo, „Agahime”.
- Nie kpij! - warknął brunet i wyciągnął miecz z pochwy. Jelec lśnił przyjemnym, srebrzystym światłem. - Co... coś ty zrobił? - spytał nerwowo, spoglądając bardziej na swój miecz, niż na wroga, jak powinien.
- Och, mogę znacznie więcej. Prawda, Agahime? - tym razem wymówił imię już na głos, z lekkim uśmieszkiem wyższości na twarzy. Wyciągnął przed siebie rękę i wykonał skomplikowany gest dłonią. Miecz zatańczył z gracją i już po chwili znalazł się przy szyi trzymającego go mężczyzny. - Księżniczka zawsze miała pewien talent, nie mogę zaprzeczyć – uśmiechnął się lekko. - Jak mniemam, jesteś potomkiem Blanki – było to bardziej stwierdzenie, jak zapytanie.
- T-tak... a ty jesteś... - mężczyźnie wyraźnie zrzedła mina i nie był ani trochę skory do walki, dlatego też Shibirose puścił więzy Agahime, pozwalając, by miecz znów był kierowany przez bruneta.
- Nie wiem, pod którym imieniem ci mnie przedstawiono, ale podejrzewam, że Shiro Tora – Shibirose ziewnął teatralnie, zasłaniając usta wierzchem dłoni. Oczy nieznajomego rozszerzyły się do granic możliwości. Chwilę potem klęczał na jedno kolano przed Stray, z rękami opartymi o wyciągnięty miecz.
- Mój panie, racz wybaczyć moją bezczelność. Blanka XLVIII Shiren Arghen melduje swoje posłuszeństwo – wyszeptał ledwo dosłyszalnym głosem, gdyż na więcej go nie było stać. Jego pozycja była pełna dumy, ale i wręcz niewolniczego poddaństwa.
- Wstawaj, nie potrzebuję żołnierza niezdolnego do obrony w każdej sekundzie – stwierdził sucho Shibirose. - Ilu was tu jeszcze jest?
- Ja, Marco, Espenza, Lokki i Conrad, a pod każdym z nas około stu zaufanych ludzi. Jakiś miesiąc temu Pytia mówiła, że mamy się tu pojawić jak najszybciej i rozpocząć łowy na pojawiających się bogów, żeby przygotować okolicę na wielkie wydarzenie. Nawet w najśmielszych marzeniach nie myśleliśmy, że może chodzić o twój powrót, panie – zrelacjonował podnieconym głosem mężczyzna. Jego ton był przyjemnie niski nawet na podwyższonych dźwiękach, melodyjny i z mocno wyczuwalnym akcentem jakiegoś obcego języka, melodycznie przypominającego arabski, ale nie będącego nim.
- Świetnie... Dasz mi chwilę? - spytał, po czym wyciągnął telefon, nie czekając na odpowiedź. Wcisnął jedynkę na szybkim wybieraniu i już po chwili był połączony.
- Amante? Ore no tokoro ni kite. Ima wa, kore ga jiouten da – powiedział krótko po japońsku, po czym rozłączył się, nie dając rozmówcy czasu na odpowiedź.
Następny rozdział: Sztab główny już 4.10.2014r
Następny rozdział: Sztab główny już 4.10.2014r
czwartek, 18 września 2014
II.II Fashion Week
Na początku chciałabym uczcić przedwczorajszą rocznicę wejścia wojsk sowieckich do Polskich, dlatego post przeciągnie się trochę przez ten nieprzewidziany apel ;P
Herbert Zbigniew - 17 IX
Moja bezbronna ojczyzna przyjmie cię najeźdźco
a droga którą Jaś Małgosia dreptali do szkoły
nie rozstąpi się w przepaść
Rzeki nazbyt leniwe nieskore do potopów
rycerze śpiący w górach będą spali dalej
więc łatwo wejdziesz nieproszony gościu
Ale synowie ziemi nocą się zgromadzą
śmieszni karbonariusze spiskowcy wolności
będą czyścili swoje muzealne bronie
przysięgali na ptaka i na dwa kolory
A potem tak jak zawsze - łuny i wybuchy
malowani chłopcy bezsenni dowódcy
plecaki pełne klęski rude pola chwały
krzepiąca wiedza że jesteśmy - sami
Moja bezbronna ojczyzna przyjmie cię najeźdźco
i da ci sążeń ziemi pod wierzbą - i spokój
by ci co po nas przyjdą uczyli się znowu
najtrudniejszego kunsztu - odpuszczania win
Moja bezbronna ojczyzna przyjmie cię najeźdźco
a droga którą Jaś Małgosia dreptali do szkoły
nie rozstąpi się w przepaść
Rzeki nazbyt leniwe nieskore do potopów
rycerze śpiący w górach będą spali dalej
więc łatwo wejdziesz nieproszony gościu
Ale synowie ziemi nocą się zgromadzą
śmieszni karbonariusze spiskowcy wolności
będą czyścili swoje muzealne bronie
przysięgali na ptaka i na dwa kolory
A potem tak jak zawsze - łuny i wybuchy
malowani chłopcy bezsenni dowódcy
plecaki pełne klęski rude pola chwały
krzepiąca wiedza że jesteśmy - sami
Moja bezbronna ojczyzna przyjmie cię najeźdźco
i da ci sążeń ziemi pod wierzbą - i spokój
by ci co po nas przyjdą uczyli się znowu
najtrudniejszego kunsztu - odpuszczania win
- Więc, Bokuto? - spytał zniecierpliwiony Shibirose, gdy wychylał już trzecią filiżankę herbaty. Przez cały ten czas ich rozmowa nie przyniosła żadnych produktywnych wniosków.
- Nie mam zielonego poję... Chwila, którym wejściem tu przyszedłeś? Głównym, czy tym, co zawsze? - lisie uszy boga zadrżały z ekscytacji.
- Czy ja wyglądam na idiotę? Oczywiście, że bocznym, jeszcze mi tylko obaby trzeba na głowie – prychnął chłopak. - A co to ma wspólnego z czymkolwiek?
- Ma, o ile się nie mylę. Sam pomyśl, nasze wejście jest autoryzowane, prawda? Tylko wybrani BOGOWIE mogą przez nie przejść – Inari zaakcentował mocno podmiot zdania.
- I co z te... czekaj no... Czy ty sugerujesz, że dalej należę do Panteonu? Dobrze wiesz, że urwałem wszystko w Wąwozie Duchów Pustyni – prychnął Shibirose, mimowolnie zaciskając rękę w pięść. Silva pisnął z bólu spowodowanego wbijanymi w ucho paznokciami. - Przepraszam, maluchu – chłopak szybko rozluźnił rękę i pogłaskał czule wierzchnią częścią dłoni podrażniony narząd.
- Ja tylko stwierdzam fakty. Też uważam, że to najgłupsze rozwiązanie, jakie możemy przyjąć. A tak swoją drogą, to walczyłeś z Jean'em. Może coś ci się nasuwa...
- Tylko na niekorzyść teorii spiskowych – Stray wzruszył ramionami z westchnięciem i nalał sobie herbaty. Z niezadowoleniem stwierdził, że czajnik został już zupełnie opróżniony z cieczy, więc zdawkowym machnięciem ręki polecił przebywającej kawałek dalej lisiczce, by przygotowała nowy napój. - To, że Jean jest pełnoprawnym patronem czternastki nie ulega wątpliwości, czułem to w nim. A pod nim też nie mogę być, bo nie zaatakowałbym go. Pamiętam prawie wszystkie tarcze, jakie wzniosłem jeszcze za czasów swojej kadencji, podwładny nawet kwiatkiem nie może przywalić mu.
- To może zmiana metryczki? O ile kojarzę, to nie podajesz teraz swojej pierwszej działki. A właściwie, podajesz tą przedpierwszą – Inari drążył temat dalej. Wydawał się naprawdę podekscytowany rozmową, prawie niczym ciekawą opowieścią starego żeglarza. - Kilka przypadków odmieńców w końcu było, zwłaszcza wśród weteranów sprzed ery Panteonu.
- Słowa, słowa... to nie ma nic do rzeczy. Jakkolwiek nazwiesz różę, to dalej będzie tylko czerwony kwiatek z kolcami, nic więcej – Shibirose podrapał Silvę pod brodą i pociągnął jego głowę lekko do góry, by przekazać mu rozkaz wstania. Lis był nieco zdziwiony, ale wykonał bez słowa polecenie. - Dobra, znajdziesz mnie. Nie wiem, czy to słowiki, czy skowronki, ale coś już gra na ziemi, wolę nie zgubić swojego szczeniaka – chłopak zaśmiał się, odsłaniając rząd idealnie równych zębów i podniósł się z krzesła, dopijając kolejną już filiżankę herbaty.
- … mnie tak pilnie wyciągnęłaś z biura, co? Gei-chan, mam nadzieję, że to coś ważnego.
- Chyba ci już mówiłam, że tak, prawda? Poza tym, mam zdecydowanie lepsze rzeczy na głowie, jak flirtowanie ze starym psem kilku bab – prychnęła kobieta, poprawiając kimono na drewnianym krześle. - Chodzi o Rose.
- Jakieś problemy?! - brunet wstał gwałtownie z krzesła, opierając się całym ciężarem na okrągłym stoliku z hartowanego szkła. - Wiedziałem, żeby go nie puścić, ale kto by mnie tam...
- Dasz ty mi wreszcie dokończyć? Mam ci przypomnieć, ile razy oberwałeś przez brak cierpliwości? - uspokoiła go kobieta nieco zirytowanym tonem.
- Dobra... spoko. O co chodzi? - spytał po chwili głębszych oddechów.
- Bastet widział go wchodzącego na tereny Panteonu. Nie jestem pewna, do kogo, ale to był na pewno ktoś ważny – powiedziała w końcu spiętym głosem Geiko. - Wiem, że to brzmi nieprawdopodobnie, ale... może Rose nie zerwał wszystkich kontaktów, jak zawsze twierdził? Już jakiś czas temu zaczęłam się zastanawiać, skąd on ma te wszystkie książki, albo jak linia Argo znalazła się przy nim, skoro na ziemi nie ma lisów, a teraz... co o tym myślisz?
- Myślę, że przesadzasz. Gei, wiem, jak to może wyglądać, ale...
- Ale co? - kobieta gwałtownie przerwała wywód mężczyzny. Widać było po niej, że czuła się mocno dotknięta sytuacją. - Może nie jest konfidentem? Może załatwił naszej dwójce nietykalność? Chyba sobie kpisz.
- Gei-chan, teraz to ty się uspokój – westchnął mężczyzna. - Znam Rose, odkąd byłem mały i wiem, że nie ma niczego, czego by bardziej nienawidził jak Panteonu. Sama pomyśl, po co by uciekał z niego, skoro tak było mu dobrze, co? Może Tet coś pomylił. Poczekajmy, aż się odezwie, wtedy go zapytamy, co?
- Ja tego tak nie zostawię, możesz mi wierzyć – skwitowała tylko Geiko, po czym wstała i wyszła, zostawiając Amante samego.
Silva kolejny już raz wstrząsnął głową. Rozumiał dobrze, dlaczego powinien ukrywać swoje uszy, ale i tak było to niewygodne.
- Wszystko w porządku, maluchu? - spytał z nieudawaną troską Shibirose, zerkając przez ramię na lisa. - Możemy znaleźć jakieś spokojne miejsce.
- Nie, pan mądry. Ja wiem – wymruczał cicho białowłosy. Pomimo, że podświadomie czuł zasady gramatyczne nowego, nielisiego języka, używanie ich wciąż było kłopotliwe. - A ogon? Ludzie zobaczą go...
- Nie martw się, ludzie widzą tylko to, co chcą zobaczyć. Uszu oczekują, więc mogą być problemem, ale chyba nie widziałeś żadnego śmiertelnego z białą kitą przy spodniach, prawda? - chłopak rozczochrał nieco włosy Silvy. - Uszy do góry, jestem przy tobie.
- Pan nie może... - lis nie dokończył, nie znajdując odpowiedniego określenia lub nie chcąc go znajdować.
- Mogę i właśnie to robię. No, nawet najsilniejszy potrzebuje czasem wsparcia. Bokuto mówił, że szybko się przyzwyczaisz, tak? Więc do tego czasu mi zaufaj i zrób sobie małe wakacje. Poza tym, i tak wciąż masz lepsze zmysły od moich, musisz się tylko na nie przestawić na spokojnie.
- Pan dobry – tym razem głos Silvy był celowo mrukliwy, gdy chłopak przysunął się i polizał z tylko sobie właściwą czułością szuję Shibirose, zostawiając na niej nieco mieniącą się rosę lisiej śliny. Ku jego zaskoczeniu, Stray odsunął się na krok.
- Nie jesteś już zwierzęciem i ja ciebie też jako nie nie widzę. Wolałbym cię nie skrzywdzić, więc nie zapominaj, że jestem mężczyzną. Tylko mężczyzną, zwykłym ssakiem, wszystko więcej to tylko ładnie wyglądające pudełko na instynkty ciała – Shibirose uśmiechnął się lekko, odwrócił i podszedł do przeciwległego kranu, po czym umył ręce, jak gdyby nic się nie wydarzyło.
Ares uśmiechnął się krzywo, trącając nieznacznie nogą walizkę.
- Cześć, stary? Mam nadzieję, że mój pokój jest wolny – stwierdził niezadowolony.
- Znowu? O co tym razem? - Patollo wydawał się nieco rozbawiony. Mimo wszystko, był człowiekiem z natury pogodnym i ułożonym z losem, choć jego dom nie wydawał się tego mówić. - Wchodź, opowiesz mi potem – mężczyzna usunął się z drzwi, wpuszczając blondyna do środka. Ares przeszedł długim korytarzem, zręcznie omijając wszelkie przeszkody na swojej drodze.
Przedsionek domu boga ofiary wyglądał niczym wyjęty z pobojowiska. Ściany, bardziej przypominające wnętrze groty, niż murowanego domu, zawalone były tysiącami flag, w większości poniszczonych, na wpół spalonych, podeptanych, pomazanych naprędce symbolami przeciwnika, czy groźbami. Część flag była naprawdę okazałej wielkości i ciągnęła się pofałdowana po podłodze, niczym dywan. Poza flagami, ściany Patolla były dumnymi posiadaczkami różnych połamanych, zardzewiałych broni, przekłutych lub zmiażdżonych fragmentów zbroi, czy w końcu plam zaschłej krwi i kłębków włosów. Ares wiedział, że nawet teraz Patollo słyszy w swojej głowie jęki ofiar bezsensownych konfliktów, tysięcy zabitych w teraźniejszości i przeszłości. Nie tylko wojskowych, gotowych na śmierć, wysyłanych na samobójcze misje. Były to też, a może przede wszystkim, głosy cywilów, zamkniętych w pułapce między frontami, gwałconych aż do śmierci kobiet, przypalanych żywcem wieśniaków w nadziei szczątkowych informacji, dzieci sprzedawanych do niewoli w najgorszych warunkach. Ares nie był stary jak na boga, ale i tak wiedział, że wojna nie była reliktem przeszłości. W tej chwili wyczuwał szczęk broni, zupełnie innej niż kiedyś, gorszej: bomb, czołgów, w końcu pieniędzy.
- Mam nadzieję, że nie przerwałem ci czegoś ważnego – zachichotał blondyn, głównie przez grzeczność wypowiadając słowa. Oboje byli przyzwyczajeni do dość częstych wizyt, gdy wściekła Wep-Wawet wyrzucała tego pierwszego z domu na czas bliżej nieokreślony.
- Właściwie, to lepiej trafić nie mogłeś, szczeniaku – zaśmiał się ktoś w głównej sali, gdzie właśnie dotarli. Ares popatrzył zdziwiony po ozłoconym mężczyźnie z nieco zawadiackim uśmiechem na twarzy. Papaya siedział przy długim stole, przeglądając stos papirusów. - Twój ukochany Stray nieźle mi namieszał w planach. I wiesz, przez kogo? - spytał sarkastycznie, jednak nie wydawał się zbytnio zmartwiony tym faktem.
- Parki wywróżyły mu, że Wyklęta Księga damusa będzie przewożona w samolocie Skylance, więc z pomocą Zeusa zajęliśmy się sprawą – streścił szybko Patollo siadając i podsuwając krzesło Aresowi.
- Więc gdzie leży problem?... Chwila, jak to: Wyklęta Księga?! - blondyn dopiero teraz zdał sobie sprawę z tego, co usłyszał.
- Długa historia, nie jestem bajkopisarzem, żeby ją opowiadać – ziewnął Papaya. - Ale, dzięki twojej naiwności Stray zmienił plany i poleciał czym innym, a my zostaliśmy na lodzie. Mamy tylko pomysł, gdzie mogą teraz być.
- Ale nie pewność? - upewnił się bóg wojny.
- Szybko się uczysz. Mimo wszystko, Hachiman zrobił kawał dobrej roboty – uśmiechnął się starszy bóg i podsunął kilka papirusów pod rękę Aresa. Ten tylko skrzywił się, niezadowolony wcześniejszą uwagę.
- Sensei, nie jesteś jednym z nas. Jesteś ZDRAJCĄ. I dlatego to właśnie ja, twój uczeń, osobiście cię zabiję – wymruczał, ale nikt tego nie dosłyszał poza nim samym.
- Nie myślałem, że powiem to kiedyś mężczyźnie, ale... pięknie wyglądasz. Trochę wiary w siebie – Shibirose uśmiechnął się zachęcająco do Silvy, dość sceptycznie przyglądającego się swojemu odbiciu w lustrze przymierzalni.
- To jest jakieś dziwne... niemoje – stwierdził w końcu, marszcząc lekko nos. Jego oczy zwęziły się, łapiąc światło żarówki i oddając w postaci wręcz komiksowego błysku tęczówek.
- Mam szukać czegoś innego? - spytał Stray, ale Silva tylko pokiwał przecząco głową. - Przyzwyczaję się. Muszę.
- Wierzę w ciebie, dasz radę – Shibirose uśmiechnął się, a lustro odbiło jego śnieżne uzębienie. - Chodź, Anastazja już nas pewnie szuka, wolę mieć ją na oku.
Kolejny rozdział: (Nie)oczekiwana zmiana planów już 27.09.2014r
Teraz jeszcze parę słów na koniec... kurczę, z tego pamiętnik się zaczyna robić. No, ale mniejsza z tym, bo za chwilę się rozpiszę na pół matury.
1. Uzupełniłam linki o nowe blogi, jak kogoś pominęłam, to tłuc mnie ciężkim narzędziem aż do skutku. Cieszę się, że grono wyznawców nieustannie się rozrasta, oby tak dalej. Mnóżcie się jak odcinki "Mody na sukces".
2. Nie, żebym czegoś wymagała, ale we wtorek kończę 18 lat.
3. Jak już pewnie się domyśliłyście/liście, Shibirose z Silvą będą mieli swoją "ambitną scenę". Jakiegoś pornola kręcić nie będę, ale uprzejmie informuję, że jeśli komuś się wydaje, że coś jest aluzją, to nią jest, nie ma nadwzroczności.
4. Silva opisany pod koniec to Silva w tym czerwonym wdzianku z galerii. Był to obrazek robiony specjalnie pod tą scenę.
5. Jeśli coś wydaje wam się nawiązaniem do czegoś innego (powiedzmy te słowiki z rozmowy Shibirose z Inarim), ale nie jesteście pewni, można pytać. Ja z pewnością wyjaśnię, może nawet i na wizji.
6. Właśnie otrzymałam dość duże zamówienie od importera prosto z Japonii i zacieszam. Jeśli ktoś chce namiary na fajne gumeczki-spychary/miśki/chomiki/wstaw rzeczownik, biżuterię, czy kocie gadżety, podam prywatnie allegrowicza.
7. Do pracy, rodacy. Do fabryk, do komentarzy ;P
Kolejny rozdział: (Nie)oczekiwana zmiana planów już 27.09.2014r
Teraz jeszcze parę słów na koniec... kurczę, z tego pamiętnik się zaczyna robić. No, ale mniejsza z tym, bo za chwilę się rozpiszę na pół matury.
1. Uzupełniłam linki o nowe blogi, jak kogoś pominęłam, to tłuc mnie ciężkim narzędziem aż do skutku. Cieszę się, że grono wyznawców nieustannie się rozrasta, oby tak dalej. Mnóżcie się jak odcinki "Mody na sukces".
2. Nie, żebym czegoś wymagała, ale we wtorek kończę 18 lat.
3. Jak już pewnie się domyśliłyście/liście, Shibirose z Silvą będą mieli swoją "ambitną scenę". Jakiegoś pornola kręcić nie będę, ale uprzejmie informuję, że jeśli komuś się wydaje, że coś jest aluzją, to nią jest, nie ma nadwzroczności.
4. Silva opisany pod koniec to Silva w tym czerwonym wdzianku z galerii. Był to obrazek robiony specjalnie pod tą scenę.
5. Jeśli coś wydaje wam się nawiązaniem do czegoś innego (powiedzmy te słowiki z rozmowy Shibirose z Inarim), ale nie jesteście pewni, można pytać. Ja z pewnością wyjaśnię, może nawet i na wizji.
6. Właśnie otrzymałam dość duże zamówienie od importera prosto z Japonii i zacieszam. Jeśli ktoś chce namiary na fajne gumeczki-spychary/miśki/chomiki/wstaw rzeczownik, biżuterię, czy kocie gadżety, podam prywatnie allegrowicza.
7. Do pracy, rodacy. Do fabryk, do komentarzy ;P
sobota, 13 września 2014
I . II Początek końca
- Herbaty jaśminowej, panie? - spytała usłusznie lisiczka o uszach i ogonie rudych jak kasztan początkiem września i skłoniła się.
- Poproszę – uśmiechnął się Inari, siedząc przy wiklinowym stoliku z założonymi na siebie nogami. - A ty?
- Czemu nie, ale słodką – przytaknął Shibirose. Na jego kolanach leżała oparta głowa siedzącego w klęczkach na podłodze Silvy. Cała czwórka znajdowała się właśnie na wielkim balkonie, położonym nieco ponad pięć metrów powyżej rozłożonych tysiąca stoisk z herbatą jaśminową, słodkimi dango, wymyślnymi sushi, bułkami z pary, ciasteczkami kremowymi, kolorowymi szaszłykami i wieloma innymi smakołykami, których zapach dochodził nawet na tę wysokość. - Postarałeś się. Ręcznie robione, czy znowu poszedłeś na skróty? - spytał Stray, kiwając głową w stronę gwaru na dole i głaszcząc jedwabiste ucho Silvy. Chłopak poruszył się lekko, zerkając w górę, czy czegoś się od niego wymaga.
- Przeceniasz moje możliwości, staruszku, wiesz? Nawet ja nie mam aż tylu rąk do roboty, żeby zdążyć w jedną dobę z taką górą jedzenia. Zwłaszcza, że muszę potem powiadomić O-babę, żeby nie było żadnych problemów – bóg stłumił ziewnięcie i skinął głową służce. Widać było, że minęło kilkadziesiąt godzin, odkąd ostatni raz zawitał w łóżku. - Ale chyba nie o tym chciałeś rozmawiać, prawda?
- Owszem. Ale znam cię za dobrze, żeby wierzyć, że masz już wymyśloną wymówkę, co się dzieje i chciałem ci dać trochę czasu. Ot, stara kurtuazja jeszcze nie do końca zardzewiała we mnie.
- Jesteś okropny, wiesz, Hachimanie? - spytał ze śmiechem mężczyzna, machając z zadowoleniem puszystą kitą.
- Wolę Shibirose, jest bezpieczniejsze. Ty też już nie używasz tego samego imienia, co kiedyś, prawda? - spytał, a właściwie stwierdził Shibirose, podnosząc ciemnozieloną filiżankę bez uszka. - Ale skoro już poruszyłeś temat, to nie mam najmniejszego powodu, żeby utrzymywać jakąś chorą uprzejmość. Co TO – chłopak wskazał na leżącego na jego kolanach białowłosego. - do cholery jasnej jest?
- To jest twój lis. Silva, o ile się nie mylę.
- Wiesz, o co mi chodzi – wysyczał przez zęby w odpowiedzi Stray, a sierść na ogonie lisa zjeżyła się lekko, gdy ten wyczuł u swojego pana nieprzychylność względem rozmówcy. Silva nie czuł się zbyt dobrze w obecnym stanie, postawa pionowa mu zupełnie nie pasowała, a i zmysły były dziwnie przytępione i niepełne. Nie zmieniało to jednak faktu, że chciał być tak przydatny, jak to tylko było możliwe w obecnym, ułomnym stanie.
- Wiem, ale nie odpowiem ci na to pytanie. Sam chciałbym znać odpowiedź – bóg wzruszył ramionami lekceważąco. - Jedyne, co ci mogę powiedzieć, to że masz wielkie szczęście, bez względu na to, jak bardzo pijane, i że już dawno nie widziałem tak urzekającej sylwetki, jak u twojego lisa – Inari uśmiechnął się dość znacząco, jednak Shibirose to zbył krótkim westchnięciem.
- Jestem, pani, jak sobie życzyłaś – Demeter uśmiechnęła się przymilnie do Aoi. Nie miała w zwyczaju posłuszeństwa, razem z Bastetem robiła zazwyczaj z Jord, co tylko chciała. Ale wiedziała, że teraz lepiej było zachować dystans, żeby zyskać jak najwięcej.
- Owszem. Podobno masz dla mnie jakieś „ciekawe” informacje. Zdajesz sobie sprawę, że zazwyczaj nie przyjmuję drugorzędnych bogów na prywatne audiencje, więc mam nadzieję, że to coś naprawdę wartościowego – kobieta wstała ze swojego tronu i podeszła do długiego stołu, zastawionego różnymi trunkami i lekkimi daniami, głównie owocowymi. Nie miała w zwyczaju jeść, ale czasami taki dystraktor się przydawał.
- Gwarantuję, o pani, że nie zawiedziesz się na mnie. Proszę tylko o cierpliwość – powiedziała rozważnie kobieta, poprawiając wysoką kryzę z koronki. - Wiem, że zabroniła pani kontaktów ze Stray, jednak byłam zmuszona zrobić wyjątek. Oczywiście w dobrej wierze i nie bez rezultatów – dodała szybko, widząc wzbierającą wściekłość starszej bogini. - Otóż, rzeczony Stray współpracował ze mną już kilka razy, dlatego też nie jest aż tak przywiązany do reszty, jak do mnie. I właśnie dlatego otrzymałam kilka bardzo ciekawych informacji. Otóż, według jego słów, a są one pewne, Stray planują atak na jedną z naszych bram. Liczą na zaskoczenie, ponieważ w otwartym starciu nie mają najmniejszych szans. Ja osobiście nie za bardzo się znam na tych wszystkich wojskowych nazwach, ale mam wszystko zanotowane, więc jeśli tylko będziesz łaskawa spojrzeć na nie swoim wszechwiedzącym okiem, na pewno bez trudu zrozumiesz w mig plany tych wszy.
- Interesujące... dam ci się wykazać, być może nawet pomyślę o nagrodzie i zapomnę o karze – Aoi uśmiechnęła się, podając Demeter puchar wypełniony niemal po brzegi białym winem. Srebro naczynia wyraźnie pokazało, że trunek był zatruty. - Ale nie teraz, teraz są ważniejsze sprawy. Zwołam naradę, przekażesz to, co wiesz, odpowiednim osobom. A teraz pij – kobieta uśmiechnęła się słodko, podsuwając ręką trzymany przez kobietę puchar do jej ust. Demeter przymknęła lekko czy i pociągła dość spory łyk. Wino miało nieco cierpki smak, zbyt młode na szlachetność, zbyt stare na świeżość. Bogini czuła, jak trucizna rozchodzi się po jej ciele, podczas gdy organizm nie nadążał z neutralizacją naraz całości.
- Jest pani bardzo łaskawa, jeszcze dziś przyniosę listę ich dowódców.
Anastazja bez pośpiechu przeżuwała kanapkę z serem i pomidorem. Przed nią leżał stosik prawie dziesięciu podobnych, biały talerzyk oraz dwa kubki z już prawie nie parującą herbatą z mlekiem. Przez ostatnich kilka lat zdążyła się odzwyczaić od jasnych, w większości nieprzykrytych niczym ścian.
- Dzisiaj masz wolne, tak? - spytała spomiędzy kolejnych kęsów śniadania.
- Da, jestem cały dzień do twojej dyspozyc... - mężczyzna nie dokończył, bo w właśnie zadzwonił telefon. Bez większego entuzjazmu wstał i podszedł do kredensu, na którym stał bezprzewodowy telefon stacjonarny. Podniósł leniwie słuchawkę i przystawił ją sobie do ucha.
- Tak? Tak, tu Rodrigez Ambience – mężczyzna przedstawił się swoim wymyślonym na potrzeby życia wśród ludzi imieniem. Fizycznie Rod był w sile wieku, miał może trzydzieści pięć lat, był wysoki, opalony jak ktoś mieszkający na terenach śródziemnomorskich, oczy ciemnobrązowe i zawsze uśmiechnięte, a czarne włosy zawsze były idealnie przystrzyżone na krótko. Jego twarzy jakby czegoś brakowało - zarostu na codziennie golonej brodzie lub znaku przeszłości w postaci blizny. Rod ubierał się zazwyczaj na wpół sportowo, na wpół elegancko, bez oporu łącząc koszulę i skórzaną marynarkę z adidasami, czy zwykłymi trampkami. Nie można mu było przy tym zarzucić niechlujności,czy choćby nieprzemyślenia ubioru codziennego. - Co?! Może pani powtórzyć? … Oczywiście, będę za góra pół godziny - mężczyzna odłożył nieco nerwowym ruchem słuchawkę, po czym zwrócił się do siedzącej przy stole dziewczyny. - Anastazija, kochanie moje, masz może jakiś kontakt z panem Shibirose?
- Tak, numer telefonu, ale coś mówił o złej sieci, czy coś, więc mam nie dzwonić. A co? Coś się stało? - spytała dziewczyna, odkładając na wpół zjedzoną kanapkę.
- Nic poważnego, mam nadzieję. Ale i tak muszę natychmiast jechać na lotnisko. Wolałbym nie zostawiać cię samej w domu, w końcu nie jesteś przyzwyczajona do tego metrażu – powiedział, a zdecydowanie ciszej, do siebie dodał. - Cholera wie, co wymyślą, jak już doszli do tej lokacji...
- Może wrócę do hotelu w takim razie? - zaproponowała Anastazja, nieco niezadowolona z obrotu sytuacji. Przegadała z mężczyzną prawie całą noc, dopóki nie usnęła na perskim dywanie saloniku przy sztucznym kominku, ale i tak miała jeszcze dziesiątki pytań, na które chciała uzyskać odpowiedź. Poza tym, lubiła słuchać na wpół bajkowych opowieści mężczyzny, którego znała od dzieciństwa i który usypiał ją jeszcze gdy chodziła do przedszkola.
Geiko weszła z trzaskiem drzwi do biura Amante. A właściwie tego, co do tej pory za nie uważała.
- Matko jedyna, co tu się dzieje! - zawołała, o mało nie potykając się tuż przy progu. Cały pokój zawalały setki, jeśli nie tysiące, teczek, segregatorów i luźnych kartek. Gdzieś na drugim końcu pomieszczenia, spomiędzy dwóch wysokich na ponad metr kolumn na biurku, mignął fioletowy kontur, wskazując lokację sprawcy chaosu.
- O, Gei-chan. Wejdź jakoś, szukam bardzo ważnych papierów sprzed pół roku. Tyle, że nie pamiętam dokładnie, gdzie je włożyłem, więc muszę przejrzeć cały worek bez dna... - mężczyzna zachichotał nerwowo.
- No dobra... Pomogłabym, ale wiem jeszcze mniej od ciebie. Ale wracając do tematu, muszę z tobą o czymś porozmawiać, i to pilnie – oznajmiła kobieta stanowczo. - Wolałabym nie tutaj, nawet myśleć się nie da w takim bałaganie, nie mówiąc już o ułożeniu tych myśli w logiczną całość.
- Naprawdę teraz? - spytał Amante, łapiąc stertę czarnych segregatorów, które powolnym bujaniem ostrzegły przed zawaleniem się i stworzeniem w biurze małego Domino Day.
- Naprawdę teraz. Uważam, że nie możemy czekać ani sekundy, w za dużym bagnie siedzimy.
Kolejny rozdział: Fashion Week już 19.09.2014r
Dobra, to teraz tak:
1. Posty będę publikować w sobotę. Tak, wiem, że to piątek, ale mam przez cały weekend imprezy urodzinowe, więc tylko wtedy znajdę wystarczająco dużo czasu.
2. Cieszę się ogromnie z nowych czytelników. Rozumiem, że mogę was uznawać jako stałych i mam powiadamiać o notkach, tak? Mam również nadzieję, że wreszcie "stare" grono się odezwie, liczę na wasze opinie. W razie potrzeby posiadam pierwszą serię w wersji pierwszopisu na pliku i mogę udostępnić.
3. Dziś i jutro jestem na Ataconie, jeśli jest ktoś w okolicy Chrzanowa. Jeśli spotkacie dziewczynę z niebieskimi pasemkami włosów, to to będę ja, można zagadać ;P
4. Galeria posiada kilka nowych postaci. Kolejnie pojawią się wkrótce.
5. Sami najlepiej wiecie, jak długo się czytało posty, jeśli ten jest dużo krótszy/dłuższy od średniej, to mówcie, jeszcze nie wyczułam objętości na nowym programie.
Kolejny rozdział: Fashion Week już 19.09.2014r
Dobra, to teraz tak:
1. Posty będę publikować w sobotę. Tak, wiem, że to piątek, ale mam przez cały weekend imprezy urodzinowe, więc tylko wtedy znajdę wystarczająco dużo czasu.
2. Cieszę się ogromnie z nowych czytelników. Rozumiem, że mogę was uznawać jako stałych i mam powiadamiać o notkach, tak? Mam również nadzieję, że wreszcie "stare" grono się odezwie, liczę na wasze opinie. W razie potrzeby posiadam pierwszą serię w wersji pierwszopisu na pliku i mogę udostępnić.
3. Dziś i jutro jestem na Ataconie, jeśli jest ktoś w okolicy Chrzanowa. Jeśli spotkacie dziewczynę z niebieskimi pasemkami włosów, to to będę ja, można zagadać ;P
4. Galeria posiada kilka nowych postaci. Kolejnie pojawią się wkrótce.
5. Sami najlepiej wiecie, jak długo się czytało posty, jeśli ten jest dużo krótszy/dłuższy od średniej, to mówcie, jeszcze nie wyczułam objętości na nowym programie.
sobota, 6 września 2014
Prolog
Stray to opowieść o rodzącej się wojnie pomiędzy bogami, a może i w konsekwencjach ludźmi. Już od początku poznajemy rządzącą frakcję – Panteon. Są to bogowie zhierarchizowani, żyjący pod przewodnictwem boskiej pary Aoi i Do. Czując zagrożenie ze strony rosnących w siłę „dzikich” bogów Stray postanawiają: Stray muszą się do nich dołączyć i podporządkować zwierzchnictwu, albo zginą. Mimo to, dość duża część wolnych bogów wybiera walkę i tworzy spójną społeczność, wbrew swoim zwyczajowym luźnym powiązaniom.
Po zakończeniu Roku Uwiązania, podczas którego należało podjąć decyzję, następuje dramatyczna pierwsza doba, znana jako Noc Wszystkich Trupów. Ilość przelanej krwi Stray nie mieści się nawet w najgorszych przewidywaniach, jednak istnieje jedno źródło, które już dużo wcześniej proroczym wzrokiem zobaczyło masakrę jednej doby – stara książka „Noc Wszystkich Trupów”, której tytuł posłużył właśnie nazwaniu wydarzenia.
Dalsze wydarzenia spadają lawinowo.
Jeden z dowódców Stray, bóg przeznaczenia Shibirose, dotychczas rezydujący na bezpiecznych terenach Japonii, wyrusza, by pomóc europejskim Stray, gdzie straty były największe. Po drodze zatrzymuje się w rosyjskim Niżnym Nowogrodzie u swojej starej znajomej. Przypadkowo spotyka tam ludzką dziewczynę – Anastazję. Jest to spotkanie kluczowe, bowiem dziewczyna poprzez „Wyklętą Księgę Nostradamusa” zna wiele boskich sekretów, które nie powinny ujrzeć światła dziennego. Jako, że jest to złamanie jednego z głównych praw bogów i nawet Stray nie mogą przejść obojętnie wobec zajścia, Shibirose chce spotkać tajemniczego kolegę z Polski, który podarował dziewczynie książkę. O problemie dowiaduje się również główne bóstwo losu, Papaya, z którego to biblioteki wzięto trefny egzemplarz, tak więc zarówno Anastazja, jak i przebywający w Warszawie Rod, są w niebezpieczeństwie.
Podczas misji posłańczej towarzysz Shibirose, księżycowy lis Silva, zostaje niemal śmiertelnie ranny, a sam Shibirose stacza pojedynek z Aresem, obecnym bogiem wojny i, jak się okazuje, jego uczniem. Nie zmienia to jednak zbytnio planów o wylocie do Warszawy.
Na miejscu dziewczyna chce od razu spotkać się z dawno niewidzianym kolegą, a Shibirose udaje się na spotkanie tajemniczym bogiem. Jak się okazuje, jest nim bóstwo jedzenia, Inari, pod którego opieką są wszystkie księżycowe lisy. To nietypowe zaproszenie jest spowodowane przemianą Silvy w caeles – uświęconego towarzysza.
Po drugiej stronie barykady sytuacja jest nie mniej napięta. Początkowo spokojna Aoi staje się z biegiem czasu coraz bardziej nerwowa, można wręcz ryzykować stwierdzenie, że popada w chorobę psychiczną. Kolejne raporty kończą się kłótnią, bądź nawet śmiercią posłańca.
Papaya, dowiedziawszy się o zagrożeniu swojej pozycji przez aferę z ukradzioną księgą, prosi Forsetego, boga sprawiedliwości, alby ten dał mu tydzień czasu, zanim powiadomi o wszystkim Aoi. Po uzyskaniu zgody przeprowadza zebranie ze swoimi dziećmi, na którym zawiera pakt z Parkami. Uzyskuje dzięki temu kilka zaszyfrowanych przepowiedni. Zleca też prorokowi Mukasie odszukanie zdrajcy oraz człowieka, w którego ręce dotarła zakazana księga.
Zniecierpliwiony marnymi wynikami Ares udaje się na Ziemię, gdzie udaremnia przekazanie danych przez Silvę. Jego pojedynek z nieznajomym Stray tylko go upewnia w słuszności decyzji. Zmienia się to jednak, gdy dowiaduje się, kim jest jego przeciwnik – ukochanym mistrzem Hachimanem, który zniknął niecałe dwa tysiące lat temu w niewyjaśnionych dotąd okolicznościach. Proponuje mu powrót do bogów, a gdy uzyskuje odmowę, jest tym naprawdę rozgoryczony. Nie potrafi się pogodzić z porzuceniem przez starszego boga.
Wkrótce potem pojawiają się konsekwencje nierozważnego ruchu. Przez zmienienie biegu historii, przepowiednia Parek się nie spełnia, dochodzi do kłótni między nimi, sprawcą zamieszania – Aresem, a coraz bardziej zirytowaną sytuacją ogólną Wep-Wawet.
Podczas kolejnego napadu szału Aoi rozmawia z Tyrem, bogiem zwycięstwa. Po usłyszeniu prawdy o zamieszaniu, jakie powoduje jej zachowanie, jest coraz wścieklejsza.
Dlaczego Silva dostąpił przemiany? Co w tej sytuacji zrobi Shibirose? Czy pięć dni wystarczą Papayi na znalezienie i ukaranie winnych? Jakie są dalsze plany Aoi? Czy Ares poniesie karę za swoje zachowanie? I czy świat pozostanie takim, jakim jest? Na te i na wiele innych pytań odpowiedź przyniesie sezon 2. Wyobraźnia nie będzie czekać!
Kolejny rozdział: Początek końca już 11.09.2014r
A na koniec kilka ważnych ogłoszeń parafialnych:
1. Szablon jest nowy, dużo tekstów zostało przeredagowanych lub zupełnie zmienionych. Jeśli ktoś zauważy jakieś błędy, nieścisłości, problemy techniczne, to niech mówi.
2. Przez najbliższy czas róbcie przegląd muzyki w odtwarzaczu, chcę mieć pewność, że działa, a nie mam do sprawdzenia warunków.
3. Jeśli przez najbliższe 3/4 rozdziały pojawi się jakaś informacja uznawana za wiadomą, a nigdzie nie było o niej wcześniej mowy, to mówcie. Będzie to prawdopodobnie wina tego, że posiadane przeze mnie kilka rozdziałów drugiej serii zostało utracone wraz z dość dużą liczbą innych materiałów przez problem systemowy i format komputera. Mogę więc zapomnieć, że coś, co dla mnie jest oczywiste, zostało wyjaśnione dopiero w nieistniejącym rozdziale.
4. Czy publikacja w czwartki i niedziele (jak do tej pory) jest dla was dopuszczalna, czy mam zmniejszyć częstotliwość? Na pewno prędzej czy później przejdę na wolniejszy tryb, choćby przez przygotowania do matury, ale chodzi mi o okres do co najmniej końca roku.
5. Jak zwykle, czekam na komentarze. Promujcie mojego bloga, bo ja promuję wasz. Dodatkowo, wszystkie wesołe misiaki, które wymagają ode mnie opinii na swój temat, a same nawet nie wejdą do mnie - koniec z dobrocią dla zwierząt. Nie chcę dojść do wymiany handlowej "kom za kom", bo to bzdura jest, ale jeśli mi się wasz blog nie podoba, nie mam zamiaru dłużej wchodzić, żeby się nie doczekać niczego. Sytauacja, w której ja pomagam wszystkim, a w zamian mam nikłe zainteresowanie sobą przy kilkunastu/dziesięciu stałych komentatorach innych jest wręcz chamskie z waszej strony. Nie mówię tu oczywiście o wszystkich, oddajmy sprawiedliwość sprawiedliwym. Zachęcam do komentowania wszystkich, bez względu na to, czy posiadacie swoje blogi, czy nie, to bardzo pomaga podupadającej ochocie na pisanie.
6. Ja powiadamiam was zawsze, jak coś napiszę, więc proszę o to samo. Czytam "na komendę", nie mam czasu ani ochoty przeglądać codziennie kilku, niepotrzebych mi do szczęścia jako niezmienne, stron. Osoby, które chcą być powiadamiane, niech jeszcze raz mi to teraz powiedzą, bo obecnie wysyłam nawet kilkanaście powiadomień z odzewem poniżej jednej trzeciej. Jeśli ktoś jest (bo publikuje u siebie, etc) i nie skomentuje dwóch rozdziałów pod rząd, traci swoją subskrypcję. Mogę informować zarówno na blogu, jak i fb/poczcie/gg.
7. Wiem, że data jest podana, jednak głos w powyższych sprawach jest dla mnie na tyle ważny, że nie napiszę ani słowa, dopuki nie pojawią się przynajmniej cztery komentarze różnych osób traktujące o nich. "Fajny blog wejdź na" to nie komentarz. "O, jeszcze jeden i nowy rozdział" też nie, usuwam od razu, bo nic nie wnoszą do życia.
Kolejny rozdział: Początek końca już 11.09.2014r
A na koniec kilka ważnych ogłoszeń parafialnych:
1. Szablon jest nowy, dużo tekstów zostało przeredagowanych lub zupełnie zmienionych. Jeśli ktoś zauważy jakieś błędy, nieścisłości, problemy techniczne, to niech mówi.
2. Przez najbliższy czas róbcie przegląd muzyki w odtwarzaczu, chcę mieć pewność, że działa, a nie mam do sprawdzenia warunków.
3. Jeśli przez najbliższe 3/4 rozdziały pojawi się jakaś informacja uznawana za wiadomą, a nigdzie nie było o niej wcześniej mowy, to mówcie. Będzie to prawdopodobnie wina tego, że posiadane przeze mnie kilka rozdziałów drugiej serii zostało utracone wraz z dość dużą liczbą innych materiałów przez problem systemowy i format komputera. Mogę więc zapomnieć, że coś, co dla mnie jest oczywiste, zostało wyjaśnione dopiero w nieistniejącym rozdziale.
4. Czy publikacja w czwartki i niedziele (jak do tej pory) jest dla was dopuszczalna, czy mam zmniejszyć częstotliwość? Na pewno prędzej czy później przejdę na wolniejszy tryb, choćby przez przygotowania do matury, ale chodzi mi o okres do co najmniej końca roku.
5. Jak zwykle, czekam na komentarze. Promujcie mojego bloga, bo ja promuję wasz. Dodatkowo, wszystkie wesołe misiaki, które wymagają ode mnie opinii na swój temat, a same nawet nie wejdą do mnie - koniec z dobrocią dla zwierząt. Nie chcę dojść do wymiany handlowej "kom za kom", bo to bzdura jest, ale jeśli mi się wasz blog nie podoba, nie mam zamiaru dłużej wchodzić, żeby się nie doczekać niczego. Sytauacja, w której ja pomagam wszystkim, a w zamian mam nikłe zainteresowanie sobą przy kilkunastu/dziesięciu stałych komentatorach innych jest wręcz chamskie z waszej strony. Nie mówię tu oczywiście o wszystkich, oddajmy sprawiedliwość sprawiedliwym. Zachęcam do komentowania wszystkich, bez względu na to, czy posiadacie swoje blogi, czy nie, to bardzo pomaga podupadającej ochocie na pisanie.
6. Ja powiadamiam was zawsze, jak coś napiszę, więc proszę o to samo. Czytam "na komendę", nie mam czasu ani ochoty przeglądać codziennie kilku, niepotrzebych mi do szczęścia jako niezmienne, stron. Osoby, które chcą być powiadamiane, niech jeszcze raz mi to teraz powiedzą, bo obecnie wysyłam nawet kilkanaście powiadomień z odzewem poniżej jednej trzeciej. Jeśli ktoś jest (bo publikuje u siebie, etc) i nie skomentuje dwóch rozdziałów pod rząd, traci swoją subskrypcję. Mogę informować zarówno na blogu, jak i fb/poczcie/gg.
7. Wiem, że data jest podana, jednak głos w powyższych sprawach jest dla mnie na tyle ważny, że nie napiszę ani słowa, dopuki nie pojawią się przynajmniej cztery komentarze różnych osób traktujące o nich. "Fajny blog wejdź na" to nie komentarz. "O, jeszcze jeden i nowy rozdział" też nie, usuwam od razu, bo nic nie wnoszą do życia.
czwartek, 4 września 2014
Stray Extra - FAQ
OD JUTRA (PIĄTEK) DO NIEDZIELI RANO PRZERWA TECHNICZNA, BLOG ZOSTAJE WYŁĄCZONY Z JAWNOŚCI.
1. Kto normalny - u grzyba - nazywa się Kuroneko?
Odpowiedź - nikt. Czy jak kiedykolwiek próbuję wmówić biednemu, nieświadomemu czytelnikowi, że jestem normalna? Inna sprawa, kto tak na prawdę jest normalny i czym jest normalność... ale bez filozofowania. Miała być historyjka, to jest historyjka. Dzieciom na noc nie opowiadajcie, bo będą płakać.
Zacznijmy więc od początku, a zakończymy potem na końcu. Musimy przenieść się do czasu, gdy Kuroneko jeszcze nie wiedziała, że się nazywa Kuroneko. Ma bodajże dziesięć lat, a na Cartoon Network puszczają owy przełom - Bakugan. Z perspektywy czasu mówię, że nawalanka jak nawalanka, w dodatku już trzecia seria stała się totalną żenadą, ale my nie o tym. Owo cudo jest ważne, bo to pierwsze anime oglądane przez zafascynowaną Kuroneko ze świadomością, że to anime, a nie zwykła kreskówka. Można by rzec, że to Anime. Od tego czasu wszelki czas spędzany jest na wyszukiwaniu wprzód odcinków po angielsku (Kuroneko już wtedy uważa ten język za swój własny, a nie nabyty) oraz podążaniu szlakiem internetowym, by odszukać inne Anime (jak już mówiłam, nie bez przypadek przez wielkie "A"). A że od dziecka uwielbiała rysować, bo jej to wychodziło lepiej niż innym i mogła w ten sposób dowalić wrednym przedszkolakom płci żeńskiej, bo u męskiej i tak miała już swoje miejsce w hierarchii i zawsze odgrywała rolę psa bitewnego, toteż nasza dziesięcioletnia protagonistka opowieści skojarzyła ze sobą te dwa fakty i narodziło się coś, co można by nazwać protoplastą Kuroneko - Okami (jak nietrudno się domyślić, mała Kuroneko uwielbiała wilki). I tak oto przechodzimy przez podstawówkę i początki gimnazjum. Ale Okami już przestaje wystarczać, otwierają się nowe horyzonty - blogopisarstwo grupowe jako Tsukihime nanahachi, czyli Księżycowa-księżniczka Siedem-osiem, oraz (wreszcie) graficzna Kuroneko. Dlaczego właśnie tak? Bo nasza (już) Kuroneko uświadamia sobie, co, a właściwie kto, zawsze jej daje wenę. Jest to Psotka, zwana sporadycznie Szarotką, Bageerą, Potworem lub Siwucha - kotka o srebrzystej sierści i nadwyraz dużej masie. A czerń towarzyszy mentalności Kuroneko cały czas, więc stąd Czarny Kot staje się bardzo naturalnym efektem posiadanego doświadczenia.
Skoro znana już jest historia powstania samej nazwy, to przejdźmy do prostego pytania: dlaczego "Kuroneko" uzurpuje sobie prawo do bycia imieniem zamiast staropolskiego wyrazu, który kiedyśtam wymyślili mamusia z tatusiem? Tu już będzie krócej, choć powodów jest kilka. Pierwszy - nie zapominajmy, że Kuroneko jest matematyczką, a więc osobą pragmatyczną i konkretną. A skoro Anime (dalej z wielkiej litery) jest jej celem i zamierza "wkręcić" się w japoński rynek animacji i komiksów, to niech ci biedni Japończycy chociaż z imieniem się nie męczą, jak już nazwisko będą musieli czytać. Po drugie, jest imię, które Kuroneko sama sobie wybrała, z własnej woli, nienarzucone i osobiste. Ostatni powód jest chyba najbardziej głupi, ale poniekąd najważniejszy dla samej Kuroneko - więzy. Nadane przez poważnie nielubianych (nie bez powodu) rodziców jest mocnym powiązaniem z rodziną. A wyzbycie się go pomaga i bez tego pokrętnej i najeżonej jak drut kolczasty psychice. To chyba tyle, wyszło małe opowiadanko żyjące własnym życiem, ale może to i dobrze...
2. O co chodzi z tym wierszykiem (pytanie, które przemknęło kilka razy w spekulacjach i lepiej je tu wrzucić).
Rozdział XI, czyli Moich tysiąc grzechów jest niezbyt ambitną twórczością z dość dużym znaczeniem proroczym. Podejrzewam, że już zauważyliście dwa słowa na jego temat na końcu "Głosu głosów", ale są one zamazane, małe i nieprawda. Sam w sobie tekst jest starą piosenką o prostym rytmie, śpiewanym podczas ceremonii caeles przez lisy. Obserwujemy jak wszystkie lisy zbierają się nocą, wędrując przez cały świat na tereny świątynne Ineriego. Ponieważ lisy są od zawsze powiązane z księżycem, a ich niewyraźne przez ruch kształty budziły kiedyś w ludziach strach, lisy same o sobie mówią jako cienie. Są zwinne, szybkie i nieuchwytne jak cień. Święcąca nad nimi gwiazdka to z jednej strony Luna, patronująca pierwszej przysiędze złożonej przez Ososuke i Akomachi, a z drugiej dostrzegane tylko przez lisy wyrwy wymiarowe, pozwalające im się przenieść na miejsce świętowania. Zwrotem akcji jest zwrot do jednego z cieni, a więc lisów. Zapowiada on, że z równego innym statusu, lis stanie się odtąd uświęcony, ważniejszy od innych. Zaznaczyć trzeba, że jest to piosenka śpiewana tylko przez zwykłe lisy księżycowe, caeles zazwyczaj czują się zbyt dumne, by dołączyć do chóru, choć zdarzają się wyjątki. Lisy życzą wybrańcowi szczęścia, gdyż przestaje być już tylko cieniem, a staje kimś ważnym. Ostatni dwuwers wskazuje na Lunę - to od niej pochodzi światło przysięgi. Przemiana jest wydarzeniem uświęconym, sakralnym, wraz z nim znika "tysiąc grzechów" popełnionych do tej pory przez lisa, gdyż jako istota uświęcona staje się poniekąd bogiem, a bogów nie dotyka problem subiektywnego dobra i zła, są ponad nim, mogą jedynie podjąć błędne decyzje.
Odnośnie tego, kilka słów wyjaśniających o ceremonii caeles. Jest ona bardzo hucznie obchodzona przez wszystkie lisy, zarówno zwykłe, jak i uświęcone. Wystawia się na tą okazję tysiąc stoisk z jedzeniem, symbolizującym tysiąc grzechów. Według tradycji, jeśli nie zje się wszystkiego ze stoiska, to dana wina nie zostanie odpuszczona, dlatego wszyscy bardzo chętnie jedzą podczas święta. Sama ceremonia jest odprawiana w świątyni i widzi ją jedynie Inari. Spekulacje, dlaczego tak właśnie jest, są różne. Istnieje opcja, że jest ona bardzo poniżająca, więc nikt niepowołany nie powinien jej widzieć. Możliwe też, że poprzez grzechy pokazywane są wszystkie słabości lisa, więc stałby się on potem bezbronny wobec innych. Istnieje też hipoteza, jakoby ilość energii wyzwalanej przez rodzącego się caeles była śmiertelna dla każdego, kto nie jest bóstwem. Wiadomo jedynie, że każdy lis przechodzi ceremonię trochę inaczej, i choć sam ją pamięta, nigdy nie dzieli się z nikim wspomnieniami, nawet jeśli chodzi o swojego pana, jeśli nie jest nim Inari.
sobota, 30 sierpnia 2014
Stray Extra - Statystyki Stray
Jak obiecałam, tak robię. Na ocenialni blogów pojawiła się opinia na mój temat ;P. Kolejki są nikłe, więc jak ktoś szuka, to wpadnijcie tam. Dalej czekam na pytania do FAQ (czyt. fakju ;P), na razie mam 2 pytania, więc... Acha, jeszcze jedno ogłoszenie parafialne: jak ktoś zna jakieś fajne mity/legendy wojenne pochodzące maksymalnie ze średniowiecza (im starsze i bardziej nieznane, tym lepsze), to podeślijcie albo nazwy, albo bibliografię, sprawa BARDZO pilna.
A teraz, nie przedłużając długiego, kilka wykazów, statystyk i rankingów dotyczących świata Stray.
1. Argo (m) - czarny
2. Illes (m) - czarny
3. Comena (k) – czarny z białymi okularami
4. Ceverta (m) – czarny z rudym podpalanym
5. Ovemine (k) – rudy z białym wilczy
6. Avanti (k) - biały
7. Sha (k) – biały z czarnym podpalany
8. Pricna (m) – czarny z białym lisi
9. Scar (m) – biały z czarną plamą na zadzie
10. Agnus (k) – biały z rudymi okularami
11. Silva (m) caeles – biały
10 najstarszych żyjących bóstw
Imię (mężczyzna/kobieta) miejsce w Panteonie/dziedzina kontroli 1. Szu (m) bóg powietrza
2. Do (m) P2
3. Aoi (k) P1
4. Hekate (k) P43
5. Auseliks (m) P40
6. Tenemu (m) bóg zguby
7. Hachiman (Shibirose) (m) były P14 bóg przeznaczenia
8. Jord (k) P8
9. Wep-Wawet (k) P12
10. Inari (m) P11
Panteon w liczbach
1. Ilość głównych bóstw: 442. W tym kobiet: 23
3. W tym mężczyzn: 21
4. W tym małżeństw: 13
5. Ilość grup: 4 + boska para Aoi Do
6. Ilość bóstw drugorzędnych: około 300
7. Liczba świątyń pierwszego rzędu: powyżej 1000
Stray w liczbach:
1. Ilość znanych Stray w Europie: 782. Ilość znanych Stray w Azji: 732
3. W tym w Japonii: 112
4. W tym w Korei: 84
5. Ilość znanych Stray w Australii: 173
6. Ilość znanych Stray w Afryce: 321
7. Ilość znanych Stray w Ameryce północnej: 547
8. W tym Stany Zjednoczone: 391
9. Ilość znanych Stray w Ameryce Południowej: 926
10. W tym lasy Amazonii: 621
11. Ilość znanych Stray na biegunach: 39
12. Średni procent strat podczas Nocy Wszystkich Trupów: 71
13. Procent znanych Stray przygotowanych do walki: 24
14. Ilość znanych Stray powyżej 1000 lat: 17
15. W tym powyżej 2000 lat: 3
czwartek, 28 sierpnia 2014
Informacje techniczne
Właśnie pojawił się ostatni post serii 1. W związku z czym, trochę ogłoszeń parafialnych:
1. Jeśli ktoś właśnie znalazł bloga i wygodniej mu się czyta z pliku, jak z bloga, mogę przesłać pierwszopis całej serii. Jest w nim kilka literówek, które poprawiałam dopiero przy publikacji, ale na zawał nikt nie zejdzie przez ilość błędów.
2. Prolog drugiego sezonu ukaże się w niedzielę, 7.09.2014r. Do tego czasu będę publikować Stray extra, jeśli pod najnowszym postem pojawią się przynajmniej 4 posty od RÓŻNYCH osób. (teraz liczy się zakończenie sezonu, nie info techniczne ;P)
3. W dniach 4-6.09 (dwa dni przed premierą) zostanie wyłączona jawność bloga. Proszę się nie denerwować, po prostu będę wprowadzać dość dużo zmian, które zobaczycie dopiero wraz z pojawieniem się posta. Paniki nie szerzyć, nie usuwam bloga.
4. Idźcie na cztery strony świata i głoście istnienie bloga, bo powoli zaczyna mnie dobijać ilość osób czytających. Ja podrzucam wasze namiary, jeśli ktoś pyta i mam na stałe w linkach, więc proszę o pomoc, jeśli chcecie utrzymać blog przy życiu na długo.
5. Punkt tak ważny, że aż odseparuję. Podziękowania:
Dziękuję przede wszystkim swoim czytelnikom:
Agata Salvadore z bloga Messed up world
Evenestar z bloga Hogwart naszymi oczami
Mimizu Miyo z bloga Asian world Poland
Esse Enma Kage z bloga Esse electric heart
Weronika Cza z bloga szczere słowa
A poza tym:
moim wspaniałym Marii Kościuk i Magdalenie Goncerz z biblioteki LO2 za godziny rozmów i stos książek w domu
i całej masie innych, nieznanych mi zupełnie ludzi, którzy swoim zachowaniem na ulicy podrzucili mi tyle trafionych pomysłów.
A w komentarzach zadawajcie pytania, jakie wam przyjdą na myśl, może pomysł FAQ jeszcze się jakoś obroni ;P.
XIII Tylko
Wiatr. Metal. Ogień. Kamień. Silva przeżywał już prawie wszystkie żywioły, teraz już tylko przyszła kolej na wodę. Wiatr, gdy biegł wolny i silny z wiadomością dla pana. Metal, który wbił się w jego ciało. Ogień palący jego jestestwo przez ponad dzień, powoli przychodzący w ból jak po uderzeniu czymś tępym – nieskoncentrowany na niczym szczególnym, ale równomierny na całym obszarze uderzenia, czy nawet ciele. Tylko wody brakowało… jej leczniczego ciepła i uprzejmości.
- Melduj! – rozkazał Shibirose, włączając głośnik łączący kabinę pilota z małym, ale nie ciasnym pokładem samolotu.
- Ominęliśmy najgorsze – odezwał się nieco mechaniczny głos Tatiany, przetworzony przez elektronikę. – Teraz tylko Heliosa i Susanoo musimy się bać.
- Dzięki, w razie czego daj znać – chłopak zakończył rozmowę i ponownie zablokował przepływ dźwięku.
- To dobrze, czy źle? – spytała Anastazja znad książki. Czytała ją, a przynajmniej udawała.
- Zależy dla kogo. Ale, o ile nic się nie stanie nieprzewidzianego, to powinniśmy dolecieć. I ciekawy masz talent, wiesz? Nawet ja zazwyczaj czytam górą do góry – stwierdził, po czym pogładził łapę Silvy. Zwierzę poruszyło się lekko, jednak bez świadomości tego; nadal spało.
- Co? Jak… Aj! – dziewczyna dopiero teraz zauważyła swój błąd i obróciła książkę w odpowiednią stronę. – Chyba za bardzo się denerwuję, wiesz?
- Czym? Tym, że nie wiesz co się dzieje, że uważasz się za niepożądaną, że możesz zginąć w niewyjaśnionych okolicznościach nie kończąc roku szkolnego, czy tym, co masz usłyszeć jutro od Roda? – nie bez przyjemności chłopak wyliczył główne problemy szatynki, obserwując jej mimikę cały czas. – Wyluzuj trochę. O ile nie narazi to mnie lub zadania, to cię obronię - powiedział w końcu, gdy już nacieszył się widokiem.
- Robisz to specjalnie! – rzuciła dziewczyna z wyrzutem.
- Mówiłem ci już coś o cyrku, nic się od tego czasu nie zmieniło – zaśmiał się Shibirose i wyciągnął się w fotelu. – No, ale mniejsza z tym. Radzę ci się przespać, póki możesz. W Polsce nie mam pewnych sojuszników, więc lepiej być gotowym na wszystko. I nie oczekuj ciepłego powitania – stwierdził lekko, po czym przymknął oczy, dając do zrozumienia, że temat uważa za skończony.
- Da, da, papa [ros. tak, tak, tato] – wymruczała Anastazja, ale posłuchała i już po chwili wyrównał się jej oddech. Shibirose został sam przy zmysłach, z wizją samotnej godziny w ograniczonej przestrzeni.
Z historii zapomnianej:
Ciemną nocą w trawach polnych na wzgórzu Funako tańczyły dwa lisy. Były bardzo stare, ale mimo to ich futro lśniło blasku księżyca i było białe niczym wieczorny śnieg na sośnie. Lisy z godnością zadzierały swoje puszyste kity i unosiły wysoko głowy, osadzone na smukłych szyjach małe łebki młodych łani. Przez całe swoje życie para doczekała się piątki potomstwa, urodziwych lisiątek o wdzięku i mądrości swoich rodziców.
Wkrótce nastały ciężkie czasy i rodzina została zmuszona do opuszczenia swoich domostw. Głowa lisiej rodziny zadecydowała, by szukać pomocy u rozważnego bóstwa obradzającego ryżem, gdzie nigdy nie panuje głód. Poszły więc lisy do głównego chramu do Fushimi, by pokłonić się bóstwu.
- Panie nasz wielki, obradzający ryżem – rzekł ojciec-lis, gdy przybyli przed boski przybytek. – Widzisz nas takimi, jakimi jesteśmy w zwierzęcych naszych ciałach i o umysłach lotnych jak jaskółka. Racz nas przyjąć pod swoją opiekę, wszak samemu z pewnością ci żyć już się sprzykrzyło, a my ci służyć będziemy wiernie. Nie mamy wielkich możliwości, ale chcemy pomóc utrzymać dobrobyt na świecie. Racz spojrzeć w dół na wierne sługi i zlitować się nad nimi. O wielkie bóstwo, racz nas przyjąć do siebie! – dostojne słowa i szczere serca lisów wywarły wrażenie na bóstwie do tego stopnia, że zszedł na ziemię ze swojej boskiej siedziby i pojawił się przed rodziną w najbardziej wspaniałych swych szatach.
- Godna pochwały wasza prośba. Wejdźcie i stańcie się towarzyszami mymi i moich wyznawców – oznajmił. – Pełnia już w szczycie swego uroku, więc niech świetlana Luna będzie światkiem waszej przysięgi – i przysięgły lisy dziesięciokrotnie wierne oddanie. Niebiańska bogini była zauroczona zachowaniem zwierząt do tego stopnia, że wzięła pod swoją opiekę młodą lisiczkę, jedyną córkę pary, by odtąd towarzyszyła jej w wędrówce po nieboskłonie.
I służyły lisy wiernie przez całe swoje życie, a gdy nadszedł kres ojca rodziny, umarł cicho przed świątynią, by nie niepokoić swego pana śmiercią w chramie. Bóstwo poczuło się samotne po jego odejściu, dlatego pokropiło pozostałe swoje sługi wodami ze źródła księżycowego, które wieczną młodość daje i odtąd święte lisy trwały u jego boku na wieki, jedynie głowa rodziny została w podziemnym królestwie pani śmierci Wep-Wawet, zwanej Izanami.
- Kochanie, tylko spokojnie. Jeśli zabijesz kolejną osobę, to w tym tempie pozbędziesz się całego Panteonu szybciej, niż by to zajęło Stray przed tym całym zamieszaniem – zaszumiał Do, jak zwykle zrównoważony i spokojny. W kontraście do niego, Aoi była znowu wściekła na niepowodzenie w jakimś podrzędnym bastionie oporu.
- Wezwać mi tu Tyra! – zawołała gniewnym głosem, tupiąc przy tym odzianą w pantofel nogą.
- Złością nic nie wskórasz – próbował dalej przekonywać bóg. – Ochłoń trochę, zanim podejmiesz jakąkolwiek decyzję.
- Zamilcz! – wrzasnęła Aoi. – to właśnie dlatego wszystko muszę zawsze robić sama. Ty po prostu nie masz krzty samozaparcia i stanowczości. Uch…! Po co ja w ogóle… - kobieta nie dokończyła, bo przestali być sami.
- Wzywałaś, starsza siostro – stwierdził przybyły, mężczyzna o długich włosach związanych w niski kucyk i ubrany jak przeciętne „dziecko kwiatów” z dwudziestowiecznej Europy, w kwiecistej koszuli i bermudach. Nie posiadał w sobie uniżoności pozostałych bóstw, bardziej poparty doświadczeniem krytyczny szacunek wobec bogini.
- Owszem. Dlaczego są takie problemy? Z wyliczeń Ateny wynika, że…
- … że nie ma już żadnych Stray powyżej dwóch tysięcy lat. A już przynajmniej kilku się pokazało, i to zupełnie żywych – przerwał Tyr, na co Aoi zareagowała jedynie wściekłym tupnięciem nogą.
- Ach tak? A skąd masz takie informacje? Dlaczego ja nic o tym nie wiem?! - ostatnie słowa wręcz wywrzeszczała.
- Skąd ja to mam wiedzieć? Może każdy ceni swoje życie na tyle, że nie chce dołączyć do dość słynnego już grona posłańców, którym popełniono zbiorowe samobójstwo, albo co – mężczyzna wzruszył ramionami. – Opanuj się siostro, bo jeszcze chwila i wywołasz wojnę wewnątrz Panteonu, a to ci chyba najmniej jest potrzebne, prawda? – bóg wiedział, że stąpa po coraz cieńszym lodzie, ale ktoś wreszcie musiał przerwać tą samodestrukcję. Do był zbytnio przybity pantoflem Aoi w ziemię, żeby to zrobić, a pozostali albo się bali, albo nie chcieli mieszać w rozgrywki Niebiańskiej Pani.
- Co chcesz mi zasugerować? – prychnęła w odpowiedzi.
- Nic szczególnego. Przypominam tylko o tym, że przez ostatnie parę dni na twojej Czarnej Liście pojawiło się już wystarczająco dużo imion, żeby każdy rozsądny bóg cię omijał jak najszerszym łukiem. Ja rozumiem „dziel i rządź”, ale to o trochę inne dzielenie chodziło.
- Dosyć! – przerwała wywód Aoi.
- Mnie też zabijesz, jak ci powiem prawdę? – Tyr śmiechem zatuszował zdenerwowanie. – Jak chcesz, starsza siostro. Ale weź pod uwagę, co ci powiedziałem – zastrzegł i zniknął.
- Dalej twierdzisz, kochanie, że masz kontrolę nad tym, co się dzieje? – spytał Do, ale odpowiedziała mu tylko głucha cisza.
Lis rodzi się o blasku Księżyca i umiera przy jego świetle. Lis żyje według Księżyca, jego fazy wskazują mu rytm. Podczas Pełni lis wyje ze szczęścia, a jego futro lśni nieskazitelną bielą, podczas Zaćmienia staje się niewidzialny dla świata zewnętrznego i przekrada się wszędzie niezauważony. Księżyc zawsze towarzyszy Ziemi w odwiecznej wędrówce przez Nieboskłon, więc i lis nigdy nie zawodzi swojego pana i jest z nim aż do swojej śmierci. Jeśli jego pan umiera, lis nie posiada już sensu istnienia, tak jak księżyc jest niepotrzebny samoistnie; oboje umierają za pana i przed panem. A jednak lis ma przewagę nad Księżycem. Lis może obcować ze swoim panem i wdychać jego zapach, czuć jego dotyk, być jego oparciem, Księżycowi dane jest jedynie spoglądać z daleka na Ziemię, zawsze tak blisko, a jednak tak daleko, nigdy jego więź nie stanie się fizyczna. Lis wie, że Księżyc płacze każdej nocy z tęsknoty, dlatego też nigdy nie wspomina o swoim przywileju, by choć trochę złagodzić jego ból. Lis wie jeszcze jedno – Księżyc jest kobietą, delikatną i wyrozumiałą matką na niebie. Księżyc nigdy nie zdradzi lisa, więc i lis nigdy nie zdradzi pana.
Dionizos przeszła szeroką, żwirową drogą do różanej części swojej wielkiej szklarni. Jej domeną był teatr, jednak prawie od urodzenia drugą miłością jej życia były kwiaty. Nawet Flora nie była aż tak ceniona w doborze kompozycji do boskich wnętrz jak ona. Cały dzień spędziła na ustalaniu tegorocznych spraw, najpierw z Freyą, później z Inarim, a ostatecznie Seszat. Zadowolona z wyniku rozmów postanowiła spełnić prośbę swojego przyjaciela bardzo skrupulatnie, dlatego też już od ponad pół godziny wybierała odpowiednio uformowane i rozkwitnięte gałązki krzewów różanych, idealnie proste lilie o niezmąconych żadną skazą kielichach oraz najzieleńsze z liści traw ozdobnych. Ponadto przygotowała sobie do wiązanki kilka gatunków bluszczy i ozdobne wstążki różnych grubości, wzorów i kolorów.
Gdy wreszcie była w pełni zadowolona ze swojego wyboru, przystąpiła do dzieła na dużym szklanym stole w nieco chłodniejszej części szklarni, gdzie w małym oczku wodnym pluskały się wesoło łabędzie, a na wielkich gałęziach drzew z całego świata siedziały ptaki i prześcigały w wymyślnych melodiach, śpiewanych niemal nieustannie. Poza szklarnią Dionizos posiadała jedynie małą chatkę, w której prawie w ogóle nie bywała. Nie miała zresztą potrzeby, bo tutaj, pod szkłem, posiadała wszystko, czego potrzebowała: wszystkie przybory do pielęgnacji kwiatów, łóżko, placyk do ćwiczeń oraz kilkadziesiąt różnych strojów teatralnych i maski o najróżniejszych kształtach i kolorach, a w centralnej części na planie koła usytuowano wspaniały mini ogród bankietowy z rozstawionymi bambusowymi stolikami i krzesłami oraz wiszącymi stołami na potrawy. Mimo całej urody miejsca, rzadko kto tu bywał. Dionizos była osobą bardzo nieśmiałą i tylko na scenie potrafiła w pełni wyrażać swoje emocje.
Praca nad bukietem zajęła bogini ponad godzinę czasu, jednak gdy go skończyła, efekt był naprawdę zniewalający. Pośrodku wśród morza zieleni wyłaniały się trzy wspaniałe lilie w odcieniu delikatnego różu. Dalej pyszniły się różne kształty liści traw i krzewów. Całość otoczono ciemnoszkarłatnymi różami, idealnie równymi i ułożonymi w okrągłą obręcz utrzymującą w ryzach bujną dzikość szmaragdu. Wszystkie róże miały obcięte kolce i przywiązane tuż przy kielichu wstążeczki w trzech odcieniach czerwieni. Dół bukietu wpierw ściągnięto mocno drucikiem florystycznym, by mieć pewność, że nawet przy rzucaniu nim kompozycja się nie rozpadnie, a potem zakryto nieciekawie wyglądające pręty plecionym w długie warkocze bluszczem i zielonymi wstążkami. Dodatkowo na kilku listkach pojawiły się drewniane motylki, biedronki i inne figurki, a wszystkie były tak misternie zrobione, że wręcz wyglądały jak żywe.
Księżyc był w pełni, gdy Silva otworzył powoli oczy. Czuł się… dziwnie. Wiedział, że jego rany już się zagoiły i powinien jak najszybciej odszukać swojego pana, ale nie mógł się na to zdobyć. Sam nie do końca wiedział, czy było to spowodowane stanem psychicznym, czy fizycznym, ale nawet jeśli chciał, nie mógł poruszyć ogonem, ani żadną z łap. Podciągnął trochę głowę do góry i zawył. I wtedy się wszystko zaczęło. Feeria barw, muzyka, nawet cudowna mieszanka zapachów. Wszystko to było tak nie na miejscu, a jednak rzeczywiste. Jakaś siła podniosła Silvę na łapy i powiodła pierwszy raz widzianymi, a jednak dziwnie znajomymi, ścieżkami do świętego miejsca.
Shibirose i Anastazja przybyli na miejsce niecałe dwie godziny temu. Niezbyt drogi hotel w samym centrum miasta Warszawa może i nie był szczytem marzeń, ale przynajmniej gwarantował bezpieczeństwo.
- Myślisz, że mogę iść teraz do Roda? Chyba jeszcze aż tak późno nie jest…- zawahała się dziewczyna, kończąc rozpakowywanie. Dla jak najmniejszych kosztów mieszkała w jednym pokoju z Shibirose.
- Idź, i tak przylecieliśmy wcześniej, jak wylecieliśmy – chłopak wzruszył ramionami, przeglądając już kolejny raz „Wyklętą Księgę”. – Zmiana czasu strefowego – dodał po chwili, gdy Anastazja dalej nie zrozumiała.
- Aaa… A, no tak. Jakby coś, to ci dzwonić? – spytała, jednak podejrzewała już, jaką otrzyma odpowiedź.
- Nie fatyguj się, i tak nie odbiorę. Najlepiej by było, gdybyś została na noc i tego swojego kolegi, bo mnie nie będzie, więc cię nie przypilnuję – stwierdził tonem wyraźnie wskazującym, że nie ma zamiaru się tłumaczyć, a po prostu oznajmia fakt dokonany.
- Jasne… coś mu przekazać – spytała bardziej z grzeczności i niezręczności sytuacji, jak czystej chęci pomocy.
- Jasne… coś mu przekazać – spytała bardziej z grzeczności i niezręczności sytuacji, jak czystej chęci pomocy.
- Niespecjalnie mam co. Byleby nie pokazywał się za często na słońcu. Acha - przypomniał sobie chłopak i sięgnął do kieszeni po coś. Po chwili wyciągnął zeń łańcuszek z małym lusterkiem i rzucił go dziewczynie – Upadli nie mają problemu z bronieniem się przed niechcianym wglądem, ludzie nie, więc noś to ze sobą tak, żeby miało kontakt ze skórą – rozkazał, po czym wstał. – Zamknij za sobą na klucz – polecił, po czym wyszedł z małego pokoju hotelowego.
Silca był w nad wyraz dobrym humorze. Jedzenie smakowało jeszcze lepiej niż zazwyczaj, ale było to bardziej spowodowane ogólną atmosferą i jego własnym szczęściem niż potrawami samymi w sobie, choć i tak były wyborne. Wiedział, że nikt poza panem nie może wejść do świątyni zanim ceremonia się nie skończy, ale i tak zżerała go ciekawość, kim jest nowy caeles. Czy był kobietą, czy mężczyzną? A co z jego charakterem? I jakie zajmie stanowisko od jutra? Wszystkie te tajemnice przyprawiały Silcę o przyjemny dreszcz podekscytowania.
- Ilca?... – zagadnął siostrę. – Jak myślisz, kim on jest, że nawet pan się denerwował cały dzień?
- A bo ja wiem… - ziewnęła kobieta, odsłaniając drobne zęby, spośród których wybijały się drobne kiełki. – Ale chyba musi być naprawdę utalentowany lub silny. Inaczej nie doczekalibyśmy się aż tak wielkiej uczty – lisica była znacznie spokojniejsza od swojego brata, ale nawet po niej było widać wrodzoną lisią ciekawość. – Na razie możemy tylko czekać.
- Niekoniecznie – do rozmowy wtrącił się młodszy od nich lis imieniem Wren. Pomimo swojego wieku, Wren miał już trzy ogony, co czyniło go naprawdę wyjątkowym. – Dlaczego by nie wkraść się do świątyni, co? – zaproponował, przygryzając filuternie język.
- Nie radzę, szczeniaku. Gdzie jest teraz Bokuto? – Silca już miał odpowiedzieć, gdy ubiegł go jakiś nieznajomy głos. Wszystkie trzy lisy popatrzyły się po intruzie z zaskoczeniem. Nieznajomy nie miał uszu, za to pachniał czymś wielkim i niebezpiecznym, od czego sierść sama się jeżyła na ogonie.
- Bokuto? – spytał niepewnie Silca, wstając i kłaniając się uprzejmie. Czuł, że przybyszowi należy się szacunek.
- Toyouke, Nepri, Ea, Ilipinu, Inari, Ylynda Kotta, Ala, Chimala, Rosmerta. Mam mówić dalej? – westchnął nieznajomy.
- Ach, pan właśnie jest w świątyni i odprawia ceremonię caeles – odpowiedziała usłusznie Ilca, również się kłaniając.
- Caeles? Dziwne… No cóż, trochę się nachodzę dzisiaj. Dzięki za pomoc. I radzę nie pojawiać się za tydzień na Grenlandii – dorzucił nieznajomy i odszedł.
- Kto to był? – spytał zmieszany Wren. – Wyglądał jak ktoś ważny. I miał ładne włosy, takie… ogniste.
- Kto to był? – spytał zmieszany Wren. – Wyglądał jak ktoś ważny. I miał ładne włosy, takie… ogniste.
- Nie wiem, nie przypominam sobie, żebym go kiedyś spotkał. Ta lilia na ramieniu jest dość charakterystyczna, więc na pewno bym ją zapamiętał – przyznał Silca, wzruszając ramionami i siadając z powrotem na murku. – Może babka Akomachi będzie wiedzieć.
- Ty wiesz, że czasami masz dobre pomysły? – zaśmiała się Ilca. – Idę ją zapytać. Nie wyglądał na wroga, ale nigdy nic nie wiadomo. Pachniał krwią, to nie wróży nic dobrego.
Ile czasu minęło, odkąd Shibirose chodził tymi brukowanymi uliczkami… Musiał przyznać, że niewiele się zmieniło od tamtego czasu. Starał się ignorować ciekawskie spojrzenia, choć przyciągał je bardzo skutecznie. Ale nie mógł nic poradzić na brak uszu i ciągnący się za nim cień śmierci, pewnie jeszcze lepiej wyczuwalny przez świętujących, jak przez niego. Zastanawiał się cały czas, co się tu dzieje. Caeles? O ostatnim słyszał ponad dwieście lat temu, o lisim jeszcze wcześniej. Nie podobało mu się to, chciał po prostu szybko załatwić swoje sprawy z Bokuto, a teraz pewnie zostanie zmuszony zostać na kolację i „małe co nieco”.
Chłopak podszedł do kilkumetrowych, rzeźbionych wrót świątyni budowanej w starogreckim stylu z domieszką czegoś z prawosławnych owali i kopuł. Wziął głęboki oddech i pchnął je, nie zważając na przestraszone szepty dookoła. Wiedział, skąd się one brały.
Pomieszczenie było surowe, wręcz gołe i sprawiało wrażenie niedokończonego w porównaniu z dość pompatyczną elewacją. Całość budynku stanowiło jedno pomieszczenie o oknach wbudowanych dopiero wysoko w podświetlane od zewnątrz kopuły, przez co panował tu wieczny półmrok. W krytycznych dla grawitacji miejscach postawiono proste, koptyjskie kolumny, ale nie miały one wyraźnej symetrii pojawiania się. Jedyną zagospodarowaną do końca przestrzenią był koniec głównej nawy z podium i drewnianym, pięcioskrzydłowym ołtarzem, ściśle powiązanym z ofiarnym stołem.
Przy ołtarzu znajdowały się dwie osoby, obaj mężczyźni. Pierwszy z nich, wyraźnie ważniejszy, miał na sobie szeroki, zdobiony wspaniałym haftem płaszcz do połowy ud i czarną odzież spodnią: koszulę ze stójką, ściśle przylegające do szczupłych nóg spodnie i wysokie skórzane buty o tępych noskach, zapinane kilkunastoma poziomymi paskami na czarne klamry. Spod płaszcza wysuwał się długi prawie do ziemi, rudy ogon o srebrzystym końcu, a spomiędzy prawie białych włosów sterczały szpiczaste uszy podobnych kolorów. Druga postać, siedząca na stole, była zdecydowanie mniej okazała. Nie można było powiedzieć, że był to już mężczyzna, ale i wyzbył się już dziecięcej naiwności. Ubrany jedynie w za dużą koszulę i luźne spodnie z miękkiego materiału, o gołych stopach, wydawał się być niepewny i przestraszony. Podobnie jak stojący, chłopak miał lisi ogon i uszy, jednak zupełnie białe i nieco smuklejsze. Włosy stanowiły jeden z głównych atutów delikatnego ciała – długie do lędźwi, białe i proste, lśniły w zdawkowym świetle.
Przy ołtarzu znajdowały się dwie osoby, obaj mężczyźni. Pierwszy z nich, wyraźnie ważniejszy, miał na sobie szeroki, zdobiony wspaniałym haftem płaszcz do połowy ud i czarną odzież spodnią: koszulę ze stójką, ściśle przylegające do szczupłych nóg spodnie i wysokie skórzane buty o tępych noskach, zapinane kilkunastoma poziomymi paskami na czarne klamry. Spod płaszcza wysuwał się długi prawie do ziemi, rudy ogon o srebrzystym końcu, a spomiędzy prawie białych włosów sterczały szpiczaste uszy podobnych kolorów. Druga postać, siedząca na stole, była zdecydowanie mniej okazała. Nie można było powiedzieć, że był to już mężczyzna, ale i wyzbył się już dziecięcej naiwności. Ubrany jedynie w za dużą koszulę i luźne spodnie z miękkiego materiału, o gołych stopach, wydawał się być niepewny i przestraszony. Podobnie jak stojący, chłopak miał lisi ogon i uszy, jednak zupełnie białe i nieco smuklejsze. Włosy stanowiły jeden z głównych atutów delikatnego ciała – długie do lędźwi, białe i proste, lśniły w zdawkowym świetle.
Gdy Shibirose wszedł do świątyni, głośnym stąpaniem po betonowej posadzce ostrzegając przed swoją obecnością, obaj mężczyźni odwrócili się w jego stronę. Wstanie zajęło młodzieńcowi dość długą chwilę, ale wreszcie zrobił to niepewnie i ruszył chwiejnym, wolnych krokiem w kierunku przybyłego. Jego usta wygięły się w wątłym uśmiechu.
- Panie… - wyszeptał i potknął się o własne nogi. Na szczęście Shibirose był na tyle blisko, by mógł zdążyć złapać chłopaka, przycinając prawie bezwiedne ciało do siebie. Białowłosy spojrzał w oczy Shibirose, a ten od razu zrozumiał, kogo właśnie ma w swoich ramionach.
- Co tu się do cholery dzieje, Bokuto? – spytał stojącego przy ołtarzu mężczyznę.
- Mhrmm… - zachichotał z głębi gardła mężczyzna, po czym przekrzywił lekko głowę i machnął ogonem z zadowoleniem. – Już dawno nikt do mnie nie mówił moim pierwszym imieniem, Hachimanie. Nawet moje lisy go nie znają, więc tu jestem Inari.
- Też ostatnio tylko raz ktoś się posłużył dawną nazwą. Wolę Shibirose, za dużo wspomnień nie powinno już oglądać światła dziennego. I nie zmieniaj mi tu tematu – chłopak podciągnął sobie Silvę na ramieniu. Białowłosy wydawał się być zmęczony tymi kilkoma krokami i samym faktem stania na dwóch nogach.
- Och, nigdy się nie zmienisz, prawda? No, ale to może i dobrze, ktoś musi grać złego policjanta. Zgaduję, że ci się nie śpieszy, mimo wszystko. Bo to może być długa historia.
- Do rzeczy, Bokuto. Dlaczego Silva jest caeles, skoro ja jestem Stray dłużej niż sięga historia jego genów, co? Dowiem się wreszcie, co tu się wyprawia? – syknął Shibirose, ale dość szybko zszedł z tonu, gdy zauważył, że podniesiony głos sprawia ból Silvie.
- Może jednak pójdziesz za mną w jakieś przyjemniejsze miejsce, co? – spytał bóg, nie zważając na ton rozmówcy. – Chyba nie chcesz mi powiedzieć, że nie zauważasz stanu swojego lisa.
KONIEC SEZONU 1
Subskrybuj:
Posty (Atom)


